BIJI KURD U KURDISTAN!
RSS
niedziela, 23 czerwca 2013
Wtęp do serii relacji z ostatniej wycieczki do Kurdistanu.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z własnego lenistwa i zaniedbania blogu - tłumaczyłam się już z tego faktu kilka razy - o ile pamiętam - więc przejdźmy od razu do rzeczy.

Ponieważ poprzednie dwa wyjazdy były bardzo krótkie - niecałe dwa tygodnie, dlatego też sprawozdania z tych wyjazdów były w postaci relacji dzień po dniu - było mało czasu, więc każdy dzień był wypełniony po brzegi. Tym razem jednak zbuntowałam się wewnętrznie i zewnętrznie i pojechałam na dłużej (choć ciągle za krótko) - pobyt trwał 6 tygodni. Z tego powodu zrezygnowałam z relacjonowania każdego dnia po kolei. Przedstawię w formie osobnych wpisów poszczególne miejsca, które odwiedziłam, do tego dołożę trochę ciekawostek i oczywiście zdjęcia.

Zacznijmy zatem od kilku informacji natury ogólnej i formalnej. Po tradycyjnym już, całonocnym niemal oczekiwaniu na lotnisku Heathrow w Londynie, wsiadłam do tradycyjnie już niemieckiego samolotu (jedyna różnica w liniach - tym razem Austrian, z przesiadką w Wiedniu) i popłudniu wylądowałam na rozgrzanej marcowym słońcem kurdyjskiej ziemi, czyli z angielskich kilku stopni przeskoczyłam płynnie do kilkunastu stopni. Na lotnisku okazało się, że okres przedłużania wizy zwiększył się z 10 dni na 2 tygodnie, co było dość pozytywną zmianą (natomiast sam proces przedłużania wizy okazał się swojsko biurokratyczny - ostatni raz podobne przygody w urzędzie przeżywałam przerejestrowując samochód kilka lat temu w Polsce).

Zamieszkałam u jednego z moich braci - Paywanda z czasopisma "Hawdem" w Hewler, którego poznałam w zeszłym roku i u którego w domu spędziłam wówczas jedną dobę. Mieszkałam tam przez cały okres pobytu z tygodniową przerwą na pobyt w Slemanyi i tygodniową nieobecnością, zapoczątkowaną wyjazdem do Lalish i późniejszym mieszkaniem u rodziny kolegi - też w Hewler, tyle że kawałeczek za miastem.

 

Tym razem Kurdistan powitał mnie dziwną pogodą - co prawda w dniu przylotu popołudniu było ciepło, a wręcz gorącawo (szczególnie po europejskim marcu), ale już następnego dnia cały czas padało - ale doskonale to rozumiałam, otóż zawsze przylatywałam do Kurdistanu 18 marca, a tym razem przyleciałam 16-tego. Po prostu Kurdistan nie spodziewał się mnie tak wcześnie :) - co potwiedziło się już następnego dnia: 18-tego marca nastąpiło już pełne i gorące słońce na perfekcyjnie błękitnym niebie. Miałam natomiast okazję po raz pierwszy zobaczyć kwiecień w Kurdistanie, jako  że do tej pory opuszczałam kraj zawsze przed końcem marca. W Kurdistanie już na początku kwietnia panują tropikalne upały (i nie jest to apogeum lata) - wszystko jest zielone i rozkwitnięte i jest na prawdę pięknie.

 

Oczywiście jak to zwykle w Kurdistanie - wiele starych i wypróbowanych miejsc i jeszcze więcej zmian. Pierwszą z nich, jaką zauważyłam już drugiego dnia pobytu podczas popołudniowej wyprawy z rodziną na Bazaar, była zmaina chrakterystycznej fontanny z gołębiem. Przebudowano ją całkowicie - z jednej strony szkoda, bo był to jeden z takich fajnych znaków rozpoznawczych Hewler. Poniżej stara fontanna z gołębiem (nie wiem dlaczego nie mam jej zdjęcia w swoich zasobach, dlatego korzystam tu ze znalezionego w internecie) oraz nowa fontanna (elementy nawiązujące do gołąbków co prawda są, ale już nie tak imponujących rozmiarów):

 

 

 

Jedną z ważniejszych zmian w Hewler było rozebranie głównej bramy na Cytadeli - będzie tam budowana nowa brama (możliwe że jest już nawet ukończona, na razie nie mam na ten temat żadnych informacji). Rozbiórkę zaczęto pod koniec kwietnia i było to o tyle uciążliwe, że spowodowało zamknięcie wejścia na taras widokowy, czyli jedno z moich ulubionych miejsc w centrum miasta. Dla przypomnienia - tak wyglądała Cytadela w starej szacie, a poniżej zdjęcie w trakcie rozbierania części muru z bramą główną:

 

Oczywiście trawają prace przy renowacji starego Bazaaru - już nie tylko z zewnątrz, powstają też ładne stylowe mury wewnątrz w alejkach handlowych:

Nie jestem całkiem pewna jak wyglądały bramy do Parku Sami Abdulrahman w zeszłym roku (te od strony hotelu Divan i Rotana), czy były już ukończone, czy nie - w każdym razie teraz są już w pełnej krasie, z pięknymi figurami lwów plujących wodą (są dwa takie wejścia). Zdjęcia w dzień i po zmroku:

 



To chyba tyle tytułem ogólnego bardzo wstępu. Pozostałe rzeczy - w tym także inne zauważone zmany znajdą swoje miejsce w kolejnych wpisach. Zapraszam - będzie upalnie i pięknie. 

16:30, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 kwietnia 2012
POST SCRIPTUM - CO SIĘ ZMIENIŁO W CIĄGU MINIONEGO ROKU

Mówi się, że Kurdistan to wielki plac budowy. I faktycznie jest to prawda. Nowe budynki powstają w większych i mniejszych miastach niemal bez przerwy. Trwają też prace remontowe, porządkowane są ulice, chodniki, restaurowane zabytkowe budynki. 

Oczywiście zauważyłam zmiany - te zasadnicze, duże, ale i drobiazgi, które na pierwszy rzut oka mogłyby zostać niezauważone.

Klasyczne zmany, jak już wspomniałam to przedsięwzięcia budowlane - niektóre zachodzą w szybkim tempie, ale są i takie, których tempo prac nie zwala z nóg. Takim  przykładem może być tu wieżowiec w Slemanyi (z tyłu za budynkiem na pierwszym planie) - możemy zauważyć, że przybyło kilka pięter, ale jak na okres 12 miesięcy nie jest to chyba rekordowe osiągnięcie:

 

Nieco lepiej poszło w Hewler z budynkiem widocznym za Wielkim Meczetem, wygląda na to, że został ukończony:

 

Jednym z bardziej rzucających się w oczy przedsięwzięć budowlanych jest modernizacja Bazaru w Hewler. Cała część Bazaru, znajdująca się po prawej stronie, jeśli patrzeć z Cytadeli, otaczana jest murem z arkadami. W zeszłym roku wybudowana była tylko środkowa część, na przeciw Parki Shar, w tym roku dobudowano spore fragmenty po obu stonach już istniejącego muru (wybrukowano także ulicę wokół Cytadeli, jak już wspominałam uprzednio). Mur okalający Bazar wygląda szczególnie ładnie po zmroku, kiedy jest oświetlony na ciepły kremowy kolor. Tak bazar przy Cytadeli wyglądał w zeszłym roku:

A tak wygląda obecnie:

 

W Hewler zmieniło się też oświetlenie parków i skwerków - o tym też już wspominałam - wielokolorowe lampki zastąpiono jednobarwnymi, żółtymi. Ponadto w Shanadar Parku podświetlono krzewy na żywy zielony kolor (zdjęcia można znaleść w poprzednich wpisach). 

Natomiast drobiazgi, które niekoniecznie mogą się rzucić w oczy, to na przykład przebudowany mostek niedaleko wejścia w Shanadar Park. Uprzednio podzielony był na dwie części - obecnie połączono je w jedną, szerszą całość. Jako ciekawostka:

 

Innym drobiazgiem, który uległ zmianie - moim zdaniem na gorsze - jest miniaturka Choli Minare w Minare Parku. Według mnie wcześniejsza - ciemnobrązowa wersja - wyglądała korzystniej:

 

Jakie nowości zastanę w przyszłym roku? Na ra razie niewiadomo. Okaże się już za niecałe 12 miesięcy, może nawet mniej. 

01:56, kulkakurd
Link Komentarze (4) »
piątek, 06 kwietnia 2012
ARCHITEKTURA MIESZKALNA

W dzisiejszym wpisie chcę pokazać jak wyglądają standardowe domy mieszkalne. Jest to architektura wielkomiejska - w tym konkretnym przypadku - architektura Hewler i kilka przykładów z zeszłego roku z Duhok. W relacji sprzed roku, w jednym z wpisów pokazałam przykłady domów mieszkalnych z chrześcijańskiej dzielnicy Hewler - Ainkawy. Dziś domy z centrum miasta. Osobiście bardzo mi się podobają, nie są to nudne jednolite bryły, zaprojektowane mówiąc potocznie "na jedno kopyto". Gdyby przyjrzeć się im dokładniej - widać misternie wykonane zdobienia, ażurowe barierki, fikuśne gzymsiki, kolumienki. Elewacje z reguły w spokojnych piaskowych odcieniach, o ciekawej fakturze, a jeśli dodane kolory - to pastelowe, dopasowane do charakteru architektury.

Jeśli już przy tym temacie jesteśmy - to znaczy przy architekturze mieszkalnej - to mam jedną krytyczną uwagę. W Kurdistanie - niestety - powstają osiedla domków "na jedno kopyto", zwane są "wioskami" z dodatkiem nazwy kraju, a zatem mamy "Italian village". "German village" itd. Domki są w zachodnim stylu. Powstają też osiedla wieżowców - typowe blokowiska. Najdziwniej wyglądają te usytuowane na tle gór, w otoczeniu pięknej kurdyjskiej przyrody i ciekawie ukształtowanego terenu. Rzucają się w oczy z powodu swojej krzykliwej stosunkowo kolorystyki. Myślę, że wyglądałyby korzystniej, gdyby zachowano typowy piaskowy kolor i charakterystyczną fakturę elewacji. Szkoda, że budowniczowie nie pomyśleli o tym. Zanim więc przejdziemy do ładnych domów w kurdyjskim stylu, zobaczmy, jak bardzo nie pasują tutaj te zachodnie betonowe bryły. Slemanyi:

A tutaj przykład, który aż razi w oczy - różowe koszmarki na drugim planie (okolice Duhok):

 

 

Tutaj też Duhok, ale już te ładne stylowe domy: 

 

Oto to już kilka przykładowych zdjęć z centrum Hewler:

 

Przykład "kolorowej" architektury:

 

 
I jeszcze jako dodatek jeden przykład - dom, który zawsze podziwiam w drodze do Rawanduz. Konkretnie - środkową część, tę "krzywą" - prawda, że nietypowe rozwiązanie?

 

 

22:23, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2012
WIELKI MECZET W HEWLER

Jako się rzekło dziś piękna i imponująca budowla sakralna z Hewler - Wielki Meczet. Widoczny jest już z daleka - wyróżnia się na tle panoramy miasta i można go zobaczyć z tarasu widokowego Cytadeli od strony Bramy Ahmadi. Niefortunnie - dla mnie osobiście - meczet jest w tureckim stylu (pewne źródła podają, że zaprojektowany, zbudowany i sponsorowany przez tuków). Nosi imię Haji Jalil Xayat. Patron ten był biznesmenem i znalazłam źródła, które podają, że to jego synowie wybudowali świątynię. Szczerze mówiąc nie mam zbyt wielu informacji na temat tego obiektu, a poszukiwania w internecie również przynioszą niewielkie rezultaty. A zatem póki co rzućmy tylko okiem jak budowla wygląda:

 

01:39, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
MECZETY I MINARETY W KURDISTANIE

Ten wpis będzie jednym z kilku kolejnych, poświęconych wspomnieniom z niedawnego pobytu w Południowym Kurdistanie. Dziś chciałam pokazać kilka zdjęć charakterystycznej dla tego regionu architektury sakralnej - a zatem meczety i ich minarety. 
Celowo pominęłam tutaj sztandarowy przykład tego typu budowli - mianowicie Wielki Meczet w Hewler, jako że zamierzam poświęcić mu osobny wpis (obiecany już jakiś czas temu) - co prawda w tym roku nie byłam w jego pobliżu, ale mam ładne zeszłoroczne zdjęcia, które warto pokazać.

A zatem dziś meczety w Helwer i Slemanyi oraz dodatkowo jeden z meczetów w Zaxo, sfotografowany w zeszłym roku.

 

Meczet obok Parku Shanadar, Hewler:

 

Meczet za Parkiem Minare, Hewler:

 

 Meczety w centrum, przy Parki Shar, Hewler:

 

 

 Meczet wewnątrz murów Cytadeli, Hewler:

 

Minaret meczetu widoczny z tarasu Cytadeli w Hewler, za bazarem Nishtman:

 

Meczety w Slemanyi:

 

 

Meczet w Zaxo, niedaleko Prdi Delal:

 

01:02, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 kwietnia 2012
MOJE WYCIECZKI DO KURDISTANU - GRAFICZNIE

Z ciekawości - dla samej siebie - wykonałam sobie mapki mojego szwendania się po kurdyjskiej ziemi w tym i zeszłym roku. Za każdym razem zrobiłam mniej więcej 900 - 1000 km łącznie. Poniżej wspomniane mapki, z datami pobytu w poszczególnych miejscach.

 

 

 

 

02:19, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 marca 2012
DZIEŃ DZIESIĄTY - ZNÓW POŻEGNANIE Z KURDISTANIEM

NIE CHCĘ WYJEŻDŻAĆ

27.03. HEWLER (godz. 14:20, Międzynarodowe Lotnisko w Helwer)

Jak przyjechałam na lotnisko, to niebo nad Kurdistaniem zaczęło płakać. Pewnie, żeby dotrzymać mi towarzystwa. Za dwie godziny znów będę musiała zostawić to co kocham. Ale już kupiłam sobie kartę do doładowania telefonu, którą wykorzystam w przyszłym roku (chyba że do tego czasu Asiacell splajtuje).

Rano zwolniłam chłopakom pokój, żeby mogli sobie posprzątać, plecak zostawiłam w recepcji. Chłopiec w recepcji pytał mnie, czy jadę do Slemanyi. Tak, chciałabym. Potem poszłam na bazar. Kupiłam flagę dla chłopaków w Manchester, bo marudzili, że nie mają i trochę tych syropowych słodyczy. Zostało mi 15 000 dinarów. Będzie na przyszły rok. Poszłam do Minare i Shanadar - pożegnać się. Na koniec weszłam na Cytadelę, od strony Bramy Ahamdi i przeszłam na drugą stronę robiąc po drodze zdjęcia uliczek, na tyle na ile mogłam podejść, bo są zagrodzone - ciągle trwają prace remontowe i nie wolno tam wchodzić. Na koniec kupiłam jeszcze 4 puszki tych arabskich soczków, które lubię, żeby zabrać sobie do Anglii. Dzwonił Maher, że może da radę się wyrwać na godzinę, ale niestety nie spotkaliśmy się.

Dziś było zimno, niebo zachmurzone. Teraz pada. Siedzę na samym końcu korytarza w hali odlotów, dlatego że tu nie ma ludzi, a zauważyłam, że nie wiadomo czemu większość pasażerów odlatujących dziś nie jest z Kurdistanu. Poza tym na krzesełkach obok siedzą chłopcy z security. Póki mogę to popatrzę jeszcze na tą ich przesadną grzeczność we wzajemnych kontaktach. Kurdyjska dziewczyna z ochrony lotniska przechadza się przed nimi tam i z powrotem krokiem modelki, ale chłopcy nie zwracają uwagi.

Jeden z panów sprawdzających mi paszport zapytał czy pracuję w Kurdistanie. Nie, nie pracuję. Kolejne pytanie - czy mam tu męża. Również nie. I w tym momencie skończył mu się koncept i zapytał, co tu robię w takim razie. Więc mu wytłumaczyłam. Inny kontrolujący zauważył moją flagę i tylko uśmiechnął się porozumiewawczo (podobnie jak jeden żołnierz na Cytadeli, który ucieszył się, że oboje mamy na rękawach taką samą flagę).

To chyba tyle. Chyba wszyscy domyślają się jak się teraz czuję. 

 

Shanadar Park, widok na galerię w pochmurny dzień:

 

 

Zdjęcia z Cytadeli, uliczki w trakcie remontu:

 

 

Widok na miasto z lotniska:

 

Znak rozpoznawczy Międzynarodowego Lotniska w Hewler:

 

22:19, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
DZIEŃ DZIEWIĄTY - LALISH, ŚWIĘTE MIEJSCE YEZIDEH

26.03. LALISH (23:30 Samira Miss)

Rano tradycyjnie posiedziałam na Cytadeli, czekając na Peywanda, który miał mnie zaprowadzić do garażu Duhok, bo jakoś tak się złożyło, że nie wiedziałam gdzie jest, a był stosunkowo niedaleko. Pojechałam do Shexan za 15 000 dinarów. Pan kierowca co prawda jechał do Duhok, ale litościwie zboczył z trasy o jakieś 3 km i podrzucił mnie do Shexan. Na jednym z check-pointów żołnierz poprosił o dokumenty, ale mojego paszportu nie chciał, nie wiem z jakiej przyczyny. Nie podejrzewam, żeby mnie kojarzył skądś.

Co prawda w Shexan miał być ktoś, kto miał mnie zabrać do Lalish, ale nie pojawiał się, więc postanowiłam, że nie będę dzwonić do chłopaków do Hewler, żeby go namierzali i nie tracąc czasu postanowiłam udać się do Lalish samopas. Żatrzymałam auto z jakimś gościem i dwoma policjanatami, żeby zapytać, jak ewentualnie mogę się tam dostać (wiedziałam że nie jest daleko). Problem polegał na tym, że byłam na terenie lingwistycznie przynależnym do dialektu badhini, z którego znam tylko słowo "kurczak", całkowicie nieprzydatne w tamtym momencie, bo chciałam pytać o drogę, a nie o jedzenie. Jednakowoż nazwa Lalish brzmi tak samo we wszystkich dialektach i panowie powiedzieli, że mnie podwiozą. Policjanci wysiedli na obrzeżach miasta, a facecik za kierownicą był jakiś dziwny, bo chciał, żebym dała mu 15 000 dinarów. Oczywiście od razu go wyśmiałam. Powiedziałam, że za tyle nie jadę i jak chce może się zatrzymać i mnie wysadzić. Jednak nie zatrzymał się, tylko dalej użerał się o te 15 tysięcy. Powiedziałam, że mogę mu dać 5. Nie pasowało mu - chciał 7. Ale niestety nic nie wskórał. Powinien się cieszyć, że w ogóle dostał jakiekolwiek pieniądze. Zły jak diabli wysadził mnie na rozstaju dróg i pokazał na lewo, mówiąc, że tam jest Lalish. Byłam w stanie w to uwierzyć, jako że dogowskaz mówił to samo, a poza tym w oddali widziałam charakterystyczne stożkowe dachy budowli świątynnych. 

Jednakowoż póki co znajdowałam się gdzieś między górami Badhinian, nie miałam zasięgu, samochody jeździły jak na lekarstwo i żaden w stronę Lalish.

Tu uwaga dla wszystkich wybierających się do Lalish - operator Asiacell nie ma tam zasięgu, jedynie Korek, a ponieważ roaming obsługiwany jest też przez Asia, więc zagraniczne numery też nie mają zasięgu.

No więc stałam sobie na rozstajnych drogach, gdzieś w sercu Mezopotamii, bez zasięgu w komórce. Normalny człowiek na moim miejscu poczułby co najmniej lekki niepokój. No niestety, ja nie czułam. Podziwiałam piękne góry i nie mogłam się doczekać kiedy zobaczę Lalish. Poza tym ciągle byłam w Kurdistanie, czyli u siebie. Zamierzałam udać się do Lalish pieszo, bo oceniając odległość po budowlach widzianych z daleka, stwierdziłam, że nie zajmie mi to więcej niż pół godziny, dla mnie żaden problem. Jednak żołnierz, który miał posterunek na drodze do Lalish odradził mi ten spacer, stanowczo twierdząc, że jest daleko. Problem polegał na tym, że żołnierz nie wiedzieć czemu mówił tylko po arabsku. Troszkę zależało mi na czasie, bo w Lalish czekał brat mojego kolegi, który miał dać mi paszport jego córki, żebym zabrała do Anglii i to było jedyne moje zmartwienie, bo chłopak przyjechał specjalnie z Mosulu. Żołnierz był w pożądku, próbował mi pomóc i dzwonić do brata kolegi ze swojego telefonu, ale miałam tylko jego numer z Asiacell i nie udało się nam dodzwonić. Nie stałam tam jednak długo, bo szczęśliwie Anioł Melek, który - jak zauważyłam nieustannie się mną opiekuje - podesłał mi elegancki terenowy samochód z trzema eleganckimi panami, którzy zabrali mnie do Lalish. W dodatku mówili we wszystkich możliwych językach świata. Przyjechali do Kurdistanu poprzedniego dnia, na stałe mieszkają w Niemczech. Ponieważ nie wiedziałam, jak wygląda brat mojego kolegi, więc już na miejscu poszłam z panami do kompleksu świątynnego i tam panowie ze swojej komórki zadzwonili do mojego kolegi z Anglii, który podał im numer swojego brata, ale na Korek, który tam miał zasięg. Tym sposobem odnaleźliśmy się z bratem kolegi i z czystym sumieniem mogłam paszport odebrać. 

Panowie byli prosto z drogi, więc przygotowano dla nich obiad, na który zaproszono też mnie i brata mojego kolegi.

Zwiedziłam świątynię - jest piękna, mieści się w dużej części w podziemiach i wszystko tam wygląda jakby było prehistoryczne. Całość robi wrażenie. Jedno z miejsc nazywa się Zmzm, bije tam żródło, a w jego wodzie obmywa się ręce i twarz. Do Zmzm wchodzi się przez ciasny, krótki korytarzyk, wysokości może metra, tak że trzeba się schylić, jest całkiem ciemny - bardzo niesamowite wrażenie, kiedy się nim przechodzi.

Po świątyni i w zasadzie po całym Lalish chodzi się bez butów. Panowie zdjęli je zanim jeszcze wysiedli z samochodu i zauważyłam, że tak robi każdy. Ja też zdjęłam buty, choć w zasadzie nie musiałam, ale zrobiłam to z szacunku do Meleka. Należy też pamiętać o tym, że przy wejściu do świątyni - przez tą bramę przy której jest płaskorzeźba węża - nie wolno stawać na progu. O tym też wiedziałam.

Lalish jest bardzo malutkie, ale położone bardzo malowniczo, w ciasnej kotlince w górach. Niesamowite było też to, jak ugościli mnie tam ludzie - całkiem obcy, nawet nie znajomi znajomych znajomych. Okazało się, że jeden z panów, którzy mnie podwozili to bratanek najwyższego rangą kapłana.

Brat kolegi podwiózł mnie na wylotówkę na Mosul, Duhok i Hewler i tam wsadził mnie do samochodu, chyba też jakiegoś rodzaju taksówki. W Kurdistanie 95% transportu publicznego odbywa się taksówkami. A ja znów ryzykowałam życie, jadąc z taryfiarzami z Hewler poza terenem zabudowanym. Z tym że jestem pełna podziwu, bo panowie w wieku okołoemerytalnym, czyli gdzieś tak pod 60-tkę wcale nie prowadzą jak emeryci, tylko jak wyluzowani chłopcy w kwiecie wieku. Ale podejrzewam, że większość z nich za młodu biegała z kałachami po górach, więc nie mieli kiedy stetryczeć. Poza tym, jak ktoś przez większość życia miał czołgi Saddama pod oknami, to wyprzedzanie na trzeciego na zakręcie pod górkę nie robi już wrażenia. I jakoś tak szczerze mówiąc na mnie też nie robi to wrażenia (ale tylko w Kurdistanie). Widziałam jak prowadzą i widziałam, że dokładnie wiedzą co robią. Znaki drogowe nie rozmijają się z realiami życia i ograniczenie prędkości jest do 100 km/h - przy czym pan kierowca itak jechał 120 (przy niesprzyjającej sytuacji na drodze lub na ostrych zakrętach, bo normalnie to jechał 140-150). Fakt, że auta też nie z komisu, tylko 2-3 letnie typu toyota, nissan, czy chevrolett.

W Hewler zdążyłam tylko na chwilę wpaść do hotelu, bo zadzwonił Ari, że jest na Bazarze i poszłam się z nim spotkać. Poszliśmy do Shanadar i do Minare Park zrobić trochę zdjęć, bo było już po zmroku, a jak już mówiłam w zeszłym roku miałam aparat, którym takie zdjęcia nie wychodziły. Shanadar Park jest oświetlony trochę inaczej niż w zaszłym roku. Podobnie jak w centrum zamieniono różnokolorowe światełka na jednolite - kremowe, które wyglądają dużo ładniej. Wzgórze z kafejką jest ozdobione dużą ilością takich światełek. Poza tym prawie wszystkie krzewy podświetlone są na zielono, co też wygląda dość ładnie. No i trochę plastikowych elektrycznych drzewek oczywiście.

Ari wyciągnął mnie do Hawdem - chciał, żeby tam nocowała, ale następnego dnia miałam już samolot, więc znowu wygodniej było mi wrócić do hotelu. Jak braliśmy taksówkę, żeby jechać do Hawdem, to najpierw powalczyłam z panem kierowcą o 1000 dinarów, po czym okazało się, że jak nas dowiózł na miejsce to nie wziął od nas pieniędzy. Nie wiem, czy tak wzruszyła go moja szczątkowa znajomość sorani? W Hawdem byli ludzie z Makhmur i Qandil, zjadłam z nimi kolację i po 10:00 wróciłam do hotelu taksówką. W zeszłym roku unikałam gadatliwości taksówkarzy z Hewler, natomiast w tym roku zauważyłam, że sama zaczynałam z nimi dyskusje. I mam też wrażenie, że mówią trochę wyraźniej i wolniej, albo też moja percepcja się poprawiła w związku z poprawą ogólnej znajomości sorani. 

Jak weszłam do hotelu to przy recepcji siedział Murzyn. No cóż... Welcome to Kurdistan!

Jak wracałam z Lalish do Hewler zadzwonił do mnie dowódca Maher z mojej fabryki. Przyjechał dzień wcześniej, ale podejrzewam, że się nie spotkamy, bo ja jutro wyjeżdżam... A powinnam zostać. Mniej więcej za 350 dni znowu tu przyjadę. Muszę tylko jakoś przeczekać te dni... To tyle. Jutro będzie bardzo ciężki dzień.

 

Shexan:

 

 

 Lalish, dziedziniec świątyni:

 

 

Wnętrze świątyni w Lalish:

 

Zmzm:

 

Park Shanadar:

 

Park Minare:

 

 

 

21:43, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
DZIEŃ ÓSMY - HELWER

25.03. HEWLER (11:10 Shanadar Park)

Rano jak zwykle poszłam na Cytadelę - to też taka moja tradycja, a potem poszłam do Shanadar, ale inną drogą niż zwykle, tym razem koło Hotelu Shereton. Przy okazji zwiedziłam pękny skwerek, z cudną instalacją wodną - fontannami i strumyczkiem.

Po ulicy szła dziewczyna ubrana, że się tak delikatnie wyrażę - niekonwencjonalnie, jak na kurdyjską kulturę. Paradowała w obcisłych, świecących legginsach w panterkę ku ogólnej uciesze gawiedzi, wliczając w to mnie. Jeden z żołnierzy pilnujących czegoś tam śmiał się z niej, zapytałam go : "Co to jest?", a on na to: "Kurdish, Kurdish".

W tylnej części Parku Shanadar działały instalacje hydrologiczne, które w zeszłym roku były nieczynne. Usiadłam na chwilę przy skale z kaskadą wodną, zjadłam te ociekające syropem obważanki i wypiłam jeden z moich ulubionych soczków z puszki. Potem przeszłam do drugiej części Shanadar i tradycyjnie wypiłam kawę w kafejce na wzgórzu. Obok siedziała jakaś rodzina i za chwilę przysiadła się do mnnie starsza pani, żeby porozmawiać. Byli ze Wschodniego Kurdistanu, z Zardasht, więc na szczęście sorani. Jak to zwykle - zrobili sobie ze mną zdjęcie. Za chwilę przejdę do Minare Park.

 

23:15 Hotel Samira Miss, pokój 301

Zanim poszłam do Minare wstąpiłam do galerii Shanadar, kupiłam sobie tam dwie fajne książeczki, jedna to krótka nowelka, po jednej stronie ma tekst w sorani po drugiej po angielsku - bardzo praktyczna rzecz. Druga to idiomy angielskie tłumaczone na sorani. Wprawdzie obie służą nauce angielskiego, ale ja takie rzeczy wykorzystuję do poduczenia się sorani.

W Minare miło zaskoczyła mnie miniaturka Cytadeli - nie było jej w zeszłym roku. Coś jeszcze jest w budowie, nie wiem co to będzie - okaże się w przyszłym roku. Sfotografowałam Choli Minare ze wszystkich możliwych stron, także od ulicy z tyłu.

Z Minare poszłam do Sami Abdulrahman, ale inną drogą, nie przez centrum (bo tak czy siak byłoby to naokoło). Jednakowoż musiałam przejść ulicą Zaza, tyle że doszłam do niej od przeciwnej strony Barzani Street. W Sami Abdulrahman chciałam znaleźć pewne miejsce z fontannami, gdzie w zeszłym roku nie zrobiłam zdjęć, bo zawsze było tam dużo ludzi, natomiast dziś była w miarę wczesna godzina, więc miałam nadzieję, że nie będzie tłoczno. Natomist nie bardzo wiedziałam, jak tam dojść - przypominam, że park jest więcej niż spory. 

W końcu udało mi się tam trafić, ale zdjęcia zrobiła w biegu, bo zadzwonił Peywand, że jedzie do parku spotkać się ze mną, dlatego chciałam szybko wrócić pod główną bramę. Przyjechał z kuzynem Heminem, który jest studentem socjologii, czyli kolega z branży. Połaziliśmy trochę po parku i wróciliśmy do centrum, z tym że będę się upierać że Peywand wybrał dłuższą trasę niż proponowana przez mnie. Wypiliśmy herbatę na Bazarze za Parki Shar, a potem przeszliśmy do herbaciarni obok, gdzie siedziały tzw. Dayki Ashti - Matki Pokoju, starsze panie, związane z PKK (podejrzewam, że matki partyzantów). Oczywiście przywitały mnie bardzo serdecznie i spotkałam też kilka osób z Makhmur - dziewczyny, z którymi mieszkałam. Znalazł się też Ari - jedyny mówiący po angielsku. Potem z Peywandem i Arim poszliśmy na Cytadelę, zrobiliśmy trochę zdjęć i wieczorem pojechałam z nimi do redakcji "Hawdem". Jechaliśmy busikiem, czyli ninijeszym przekonałam się, że w Hewler są nie tylko przystanki, ale i autobusy. Autobusik ma to do siebie, że poza zatrzymywaniem się na przystankach staje też w dowolnym miejscu, jakie zażyczy sobie pasażer. Ponieważ drzwi w trakcie jazdy mogą być otwarte - nikomu to nie przeszkadza (już widzę to oburzenie Anglików na ewidentne łamanie ich świętych "safety rules") - w związku z tym wysiąść można także wtedy, kiedy autobus przystaje w korku lub na światłach. Rozwiązanie bardzo praktyczne i wychodzące frontem do klienta. Biletów nie ma, płaci się gotówką, którą pasażerowie z tylnych siedzeń podają do kierowcy z ręki do ręki - w Kurdistanie jest to możliwe, bez obawy, że pieniądze "wsiąkną" po drodze. Kierowca nie musi też liczyć ilu ma pasażerów, bo wie, że każdy zapłaci. 

W Hawdem był szaleniec Torros i Beritan, która tam chwilowo pomieszkuje, zjadłam kolację i oczywiście chłopcy chcieli, żebym została na noc (wiem jak to brzmi, ale nie o to chodzi), jednak wolałam wrócić do hotelu, ponieważ jutro jadę do Lalish, więc było mi wygodniej wrócić do miejsca, gdzie miałam wszystkie rzeczy i mogłam się przebrać.

Wróciłam taksówką, pan kierowca mówił doskonałą angielszczyzną - 7 lat mieszkał w UK, w Coventry.

Przeniosłam się na górę, do mojego ulubionego pokoju na tarasie, bo się zwolnił, ale chyba złożę reklamację, bo telewizja satelitarna nie działa, a klimatyzator też jakiś taki zdziczały jest. W zeszłym roku wszystko działało.

Skórę na nosie mam w makabrycznym stanie - w przyszłym roku pamiętać o zabraniu kremu z filtrem, bez względu na doniesienia o pełni zimy. Ponieważ jak nauczyło mnie już doświadczenie - w połowie marca zima w Kurdistanie to czysta fikcja.

(Nie wiem, jak będę żyć bez tych wszystkich kochanych ludzi stąd).

 

Parki Shar o poranku:

 

Skwerek odkryty przeze mnie niedaleko Sheretona:

 

 

Shanadar Park:

 

Galeria Shanadar:

 

Miniaturka Cytadeli w Parku Minare:

 

Park Sami Abdulrahman:

 

Sklepik z pamiątkami na Cytadeli:

 

Symbol nowych czasów w Kurdistanie Południowym:

 

Moje książeczki :)

 

 

20:14, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
DZIEŃ SIÓDMY - WYJAZD DO HEWLER

24.03. HEWLER  (21:00 Hotel Samira Miss, Pokój 207, Hewler)

Wiewiórka wstała wcześniej niż ja, jak weszłam do pokoju to już biegała po meblach, a jak jedliśmy śniadanie, to biegała po kuchni i po nas. Strasznie nie chciałam wyjeżdżać od chłopaków, ale tęskniłam za Hewler, poza tym wiem, że w każdej chwili mogę wsiąść w samolot i polecieć do domu - do redakcji magazynu "Hawdem" w Suly. I wiem, że znowu do nich pojadę i mam nadzieję, że wiewiórka Susu ciągle tam będzie, już duża.

(Cholernie nie chcę wracać do Anglii)

Przed 12:00 Bahoz odwiózł mnie do punktu transportowego, zwanego tu "Garadż", czyli garaż. Ma wypasionego, nowiutkiego jeepa. Mimo wczorajszych ekstremalnych doświadczeń na karuzeli łańcuchowej, odważyłam się jednak wsiąść z nim do samochodu. Ku mojemu zaskoczeniu prowadził w miarę normalnie. Tym razem nie ryczałam wyjeżdżając z Suly, tak jak w zeszłym roku, bo już teraz wiem, że w każdej chwili mogę tam być znowu - to tylko kwestia: internet, zakup biletu online, lotnisko, samolot. 

Wracałam busem, którymś z marek typu Hyundai, albo coś podobnego. Jechało 4 panów i 7 pań, przewaga liczebna pań nieco mnie zdziwiła, bo zwykle to panowie są w przewadze. Jak już chyba wspominałam przy poprzedniej wizycie, kierowcy taksówek i innych pojazdów transportujących ludzi jedzą w przydrożnych barach za darmo. Tak więc nasz pan kierowca zrobił postój tuż przed Kerkuk. Usiadłam sobie w słońcu, próbując przysmażyć sobie wewnętrzną stronę rąk. Podeszła do mnie pani z małą dziewczynką na rękach i zagadała, a ja znowu nie mogłam połapać się dlaczego jej nie rozumiem i dopiero za chwilę zajarzyłam, że pani mówi do mnie po niemiecku. No i dożyłam czasów, kiedy Arab mówi do mnie w sorani, a Kurd po niemiecku :). Ale ponieważ po niemiecku znam tylko "ja wohl" i "lufthansa", więc przeszłyśmy na sorani. Okazało się, że pani pochodzi z Slemanyi, a mieszka na stałe w Niemczech, w Kolonii.

Przyjechałam do Hewler i oczywiście wysadzili nas na obrzeżach miasta. Do dziś nie wiem czemu tak robią w Hewler, w Suly jadą do garażu (tak przynajmniej było jak jechałam w zeszłym roku, ale to może dlatego, że jechałam sama i to to był taki jakby transport specjalny). Nie chciałam zawracać gitary chłopakom, bo zanim by do mnie dojechali, tylko po to, żeby zaraz potem wrócić ze mną z powrotem do centrum, to w tym czasie mogłam do centrum dojechać dwa razy. Po drugie nie bardzo miałabym jak wytłumaczyć im gdzie jestem, więc generalnie dzwonienie do nich mijało się z celem. Po trzecie planowałam uciec im do hotelu, jako że tak dom Peywanda, jak i redcakcja "Hawdem" są daleko od centrum, a z hotelu mam wszędzie blisko i wszystkie miejsca pod ręką. 

Pan taryfiarz wiozący mnie do centrum ograbił mnie z 4000 dinarów, podczas, gdy grzecznie oferowałam mu 3000. Ale nie chciało mi się walczyć, poza tym pan był w słusznym wieku, więc szacunek nie pozwalał na użeranie się tak, jak z młodymi. Od razu poszłam do Samira Miss Hotel - jak do siebie (w sumie byłam u siebie). Byłam ciekawa, czy będą ci sami chłopcy co w zeszłym roku, zamiarzałam im przypomnieć, że tu mieszkałam. Ale tu zaskoczenie, bo chłopiec w recepcji rozpromienił się na mój widok i nawet pamiętał w którym pokoju mieszkałam. Okazało się, że przez ten rok nauczył się też angielskiego (może dlatego nie było już tego szefa, co w zeszłym roku, który mówił po angielsku). Trochę bez przekonania próbowałam się z nim poużerać o cenę, ale wiedziałam, że nic z tego, bo te 35 000 jak na standard Samira Miss, to nie jest jakaś zawrotna cena. W sumie za trzy noce dałam mu 90 dolarów. Zostawiłam rzeczy i pobiegłam przywitać się z miastem. Najpierw oczywiście poszłam na Cytadelę, posiedzieć w moim ulubionym mikejscu i nacieszyć się widokiem Parki Shar. Jak tam usiadłam, to odruchowo pomyślałam sobie: "Jak dobrze być znowu w domu".

Prace remontowe na budynku po prawej stronie od bramy głólwnej już się skończyły, ale ciągle zostało bardzo dużo do zrobienia. Idąc przez Cytadelę do Bramy Ahmadi zauważyłam, że wyremontowane są też niektóre budynki wewnątrz murów.

Z Cytadeli poszłam do Sami Abdulrahman Park, w nadziei, że zjem tam ten dobry kebab z tymi żółtymi marynatami, które mi tak smakowały w zeszłym roku, ale niestety w punktach gastronomicznych nie było już jedzenia na ciepło, jedynie ciastka, chipsy i napoje. Jedyne miejsce, gdzie można było zjeść to Park Restaurant nad jeziorem, ale podejrzewałam, że tam może być drogo, poza tym na stolikach były obrusy (w dodatku białe), a ja - jak już wspomniałam - wolę jeść normalnie.

Z braku innej możliwości kupiłam sok w puszcze - bardzo lubię te soki, produkują je Emiraty i Arabia Saudyjska - oraz ciastka, ale niestety nie sprawdziłam, kto te ciastka produkuje. Dopiero jak je otwierałam to zobaczyłam, że tureckie, więc odłożyłam (dałam je potem chłopcu, u którego wymieniałam dolary). Chwilę posiedziałam w parku, ale że zaczynał się już wczesny wieczór, a ja byłam trochę zmęczona i głodna, więc wróciłam do centrum. Na Bazarze kupiłam dwa kebaby i kawałek chałwy. Spotkałam też towarzyszkę Beritan z PKK, która była w Makhmur. Potem poszłam na taras Cytadeli i tam zjadłam sobie kebeb - tradycyjnie. 

Zauwałam, że nowy aparat robi bardzo ładne zdjęcia w nocy - w zeszłym roku wychodziły z reguły zamazane. W tym roku natomiast skorzystałam z możliwości i zrobiłam trochę ładnych zdjęć po zmroku.

Ulicę wokół cytadeli i Parki Shar wybrukowali - w sumie dobrze, że nie położyli asfaltu - nie wyglądałby ładnie. Poza tym dobudowana jest duża część ściany - arkady wokół bazaru, w stronę Samira Miss i w przecznicy po prawej, tam gdzie się kończy Parki Shar. Prace przy tym są w toku - myślę że w przyszłym roku wszystko będzie już gotowe. Poza tym jakiś dowcipniś poustawiał wszędzie te elektryczne, plastikowe drzewa, niektóre są do tego stopnia koszmarne, że mają poprzyczepiane owoce, żółte mango czy inne cytryny, albo czerwone czeresienki - założę się, że "made in china". Pół biedy jak się świecą wieczorem - jeszcze do przeżycia, ale za dnia wyglądają makabrycznie. Natomiast za dwoma skwerkami za Cytadelą zmieniono różnokolorowe światełka na krzewach na jednolite, żółte, co wygląda znacznie bardziej estetycznie.

Tak więc znowu jestem w Hewler. Znowu spaceruję rozpaloną do czerwoności Zaza Street, gdzie nie ma ani grama cienia. Budynek na rogu Zaza, przy skrzyżowaniu z Chwarchra jeszcze nie skończony, choć widać, że prace drgnęły. I czuję się tak jakbym była tu nie dalej jak dwa miesiące temu. Jeszcze nie przywitałam się z Minare i Shanadar Park. To jutro, albo pojutrze, bo mam jeszcze w planie wycieczkę do Lalish (lub innego centrum Yezideh) - nie wiem czy pojadę tam jutro, czy pojutrze.

Dobranoc Hewler, do zobaczenia jutro.

 

Widok na Hewler od strony Bramy Ahmadi:

 

Skwerek za Cytadelą, z nowym wytrojem świetlnym:

 

Centrum Hewler po zmierzchu:

 

 

 

19:03, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
DZIEŃ SZÓSTY - WYCIECZKA PO ULUBIONYCH MIEJSCACH W SULY

23.03. SLEMANYI

Przedpołudnie spędziłam z chłopcami i wiewiórką Susu, a następnie poszłam nacieszyć się moimi ulubionymi miejscami. Najpierw obeszłam sobie niewielki Parki Dayk i Parki Gshti, potem posiedziałam chwilę w Azadi. Stamtąd wybrałam się na wycieczkę wzdłuż Salim Street aż do Rand Gallery. Porobiłam trochę zdjęć z innych ujęć niż w zeszłym roku. Mój ulubiony budynek jest już całkiem skończony łącznie z dziedzińcem. Zrobiłam się głodna i postanowiłam zjeść po drodze (przy drodze). Usiadłam sobie w jednym z barów przy stoliku na zewnątrz. Chłopcy byli tak pomysłowi (złośliwi), że do szaszłyka dali mi widelec. Może po prostu nie przypuszczali, że ja jem normalnie. Pewnie ocenili mnie po pozorach. 

W trakcie mojej wycieczki zaczepili mnie też dwaj chłopcy, żeby zapytać czy chcę sobie zrobić z nimi zdjęcie. Ale uznałam, że nie są jakąś szczególną atrakcją turystyczną, więc zdjęcia nie zrobiłam. Mówili do mnie po angielsku, a ja do nich w sorani, jakoś tak już z przyzwyczajenia, bo przez ostatnie kilka dni angielskiego prawie wcale nie używałam.

Podeszłam jeszcze pod słynną bramę Shari Yari Slemanyi - aby tradycji stało się zadość i wróciłam do domu. Odpoczęłam, zjadłam kolację i wieczorem pojechaliśmy z chłopcami do wesołego miasteczka - Shari Yari. Pojechaliśmy samochodem z kolegą, którego do tej pory nie widziałam. W wesołym miasteczku odmówiłam przejazdu kolejką górską, za to dałam się namówić na karuzelę łańcuchową, jako że wyglądała niewinnie. Owszem, ale nie jak jedzie się z Bahozem siedzącym z tyłu. Ogólnie rzecz biorąc z Bahozem każda, najprostsza nawet czynność zamienia się w sport ekstremalny, z ryzykiem dla zdrowia i życia.

To tyle tekstu, zapraszam do oglądania.

 

Kilka słynnych popiersi z Parki Gshti:

 

 Salim Street:

 

Charakterystyczna ściana z malowidłami, przedstawiającymi kulturę kurdyjską i sceny historyczne:

 

Kilka budynków, które podobają mi się w Suly:

 

 

Budynki - znaki rozpoznawcze Suly:

 

 

Zabudowa w Slemanyi:

 

 Wesołe miasteczko - Shari Yari Slemanyi:

 

Moi chłpcy bawią się w parku - zabawa polega na dręczeniu najmniejszego (szaleniec Bahoz w ciemnej kurtce z chustą):

 

17:50, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
DZIEŃ PIĄTY - SLEMANYI

22.03. SLEMANYI

Rano po zjedzeniu śniadania poszłam z dwoma kolegami w stronę centrum, bo nie bardzo wiedziałam, gdzie jestem, szczególnie że poprzedniego dnia, jak przyjechaliśmy było już ciemno. Okazało się jednak, ze jesteśmy stosunkowo niedaleko Maydani Azadi. Koledzy udali się do swoich zajęć, a ja poszłam do sklepu mojego brata Faraidoona. Nie było go, a mój telefon ciągle nie działał, więc nie mogłam zadzwonić, jednak poprosiłam pana z sąsiedniego sklepu i zadzwonił ze swojego telefonu. Okazało się, że Fara ma ojca w szpitalu w ciężkim stanie i siedzi tam z nim całą dobę, ale umówiliśmy się, że o 1:00 spotkamy się na chwilę. Ponieważ do 1:00 miałam jeszcze 2 godziny czasu, więc poszłam do Parku Azadi, gdzie w pięknym pełnym słońcu z widokiem na Goyzha zaczęłam zaległe opisywanie mojego pobytu. Przed pierwszą poszłam na spotkanie z Faraidoonem pod jego sklepem.

Najpierw aktywowaliśmy mój kurdyjski numer (potrzebny był do tego telefon z Asiacell, którego nikt nie miał w Makhmur, a w Qandil, gdzie miał taki Amed, nie było zasięgu). Fara kupił mi doładowanie i nie chciał potem pieniędzy. Poszliśmy do redakcji "Hawdem", bo tam miałam słodycze dla Lary. Posiedzieliśmy tylko kilka minut, bo Fara musiał wracać do szpitala, który na szczeście był niedaleko. Podprowadziłam go tam i wróciłam do parku, gdzie kontynuowałam pisanie i zgodnie z powziętym wcześniej zamiarem spaliłam sobie ręce - tak dość konkretnie. Jak to ja w Kurdistanie.

Odbyłam też kilkunastominutową rozmowę z rodzeństwem z Baghdadu. Najpierw nie mogłam się zorientować co ta dziewczyna do mnie mówi, dopiero jak powiedziała, że jest Arabką, to stało się jasne, że arabskiego nie mogłam zrozumieć. Znała kilka słów w sorani. Jej brat mówił trochę lepiej, w sumie dogadaliśmy się. Z tym że itak nie przypuszczałam, że będę kiedykolwiek rozmawiać z Arabami w sorani.

Pod wieczór wróciłam do "domu", czyli do redakcji "Hawdem". Siedzieliśmy sobie przy laptopach i Bahoz wysłał jednego z chłopców do drugiego pokoju, mówiąc mi, że ten poszedł do wiewiórki. Nie bardzo zrozumiałam o co mu chodzi z tą wiewiórką, ale pomyślałam, że to może jakiś element folkloru, którego nie znam, więc żeby się nie błaźnić zignorowałam temat. Kiedy za chwilę poszłam zrobić sobie herbatę to zobaczyłam tego kolegę - trzymał na rękach puchate maleństwo i zrozumiałam, że "wiewiórka" to jest nic innego tylko wiewiórka i nie było w tym żadnego ukrytego znaczenia. Zwierzątko jest Bahoza, ale wszyscy chłopcy je tam kochają, a widok kurdyjskiego faceta całującego zwierzątko po łepku jest po prostu bezcenny. Tu dodam tylko, że miłość do przyrody jest jednym z elementów ideologii PKK. Wiewiórka Bahoza nazywa się Susu, biega po domu luzem, a śpi w garczku, gdzie ma pościelony szalik jednego z chłpców. Wdrapuje się na meble i na ludzi i jest śliczna. 

(Już zaczynam myśleć, że nie chcę wracać...)

 

Popołudnie w Slemanyi:

 

 

Wiewiórka Susu:

 

16:45, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
DZIEŃ CZWARTY - NEWROZ W QANDIL

21.03. QANDIL

W Makhmur podstawili dla nas kilkanaście autokarów i pomyślałam, że turcy uganiają się po górach, a PKK jedzie do Qandil na Newroz klimatyzowanymi autokarami. Droga była interesująca - muzyka na full, wszyscy śpiewali, niektórzy nawet tańczyli. Autokary wyprzedazały się na wzajem, flagi PKK i Ocalana powiewały z okien. Widoki za oknem, kiedy już wjechaliśmy do Rawanduz - jak zwykle niesamowite.

Qandil to teren kontrolowany przez PKK - oficjalnie i przed Qandil na check-pointcie nie stoją już żołnierze rządowi, tylko partyzanci. Wyglądali cudownie. Po drodze regularnie poruszają się pick-upy z członkami HPG - Hezi Parastni Gel - Sił Obrony Ludności. Z reguły czworo znich stoi z tyłu na pace pick-upa, mają zasłonięte hustami twarze i broń trzymają skierowaną lufami do góry. Wyglądają imponująco. Wszyscy ludzie ich pozdrawiają, a oni odwzajemniają pozdrowienia. W Qandil partyzanci są już uzbrojeni - pilnują porządku na drodze, szczególnie w takie dni jak Newroz, gdzie ruch jest na prawdę duży. Przebrałam się mundur i wyszłam na otwartą przestrzeń - kotlinę otoczoną cudnymi górami. Szczyty gór pokryte śniegiem, niebo błękitne, bezchmurne, pełne słońce, upał. Wszędzie pełno ludzi i samochodów - tych którzy przyjechali na Newrozowe pikniki. Wszędzie partyzanci, szczególnie fajnie wyglądały dziewczyny z AK-47 (mieli też inną broń, ale szczerze mówiąc wiem tylko jak wygląda AK-47), do pasów mieli przypięte po 2 granaty - te w kształcie szyszki. Zjadłam obiad z jakimiś ludźmi, których kompletnie nie znałam, ale w Kurdistanie, a szczególnie w Newroz, to nie ma znaczenia. Potem poszliśmy do miejsca, gdzie była estrada i miały się odbywać występy. Tam spotkałam wszystkich znajomych. Połowa ludzi robiła sobie ze mną zdjęcia, nie wiem czy dlatego, że byłam w mundurze (bo z innymi w mundurach PKK też robili sobie zdjęcia), czy dlatego, że wyglądałam inaczej nieco niż reszta. Starsze panie mnie obściskiwały i dziękowały mi i trochę mi było niezręcznie, bo przecież nie walczę w górach - dlatego tłumaczyłam im, że walczę inaczej, w Europie - ale itak były szczęśliwe.

Z Arim poszłam odwiedzić cmentarz partyzantów. Ktoś podwózł nas tam samchodem (przypadkowi ludzie, którzy akurat jechali w tamtym kierunku). Cmentarz położony jest w pięknym miejscu między górami. Na murku, który go otaczał stał sobie karabin, z którym "turyści" robili sobie zdjęcia. Postanowiłam też sobie zrobić, jak będę wychodzić z cmentarza. Jednak jak wychodziłam, zauważyłam, że właściciel zabiera broń, więc rzuciłam się z wrzaskiem: "Towarzyszu, jeszcze ja!" Myślałam że pan odstawi mi go na murek, żebym sobie zrobiła zdjęcie, ale towarzysz mi ten karabin po prostu wręczył, co mnie niesamowicie ucieszyło. I oczywiście musiałam się zbłaźnić, bo sobie ten karabin założyłam na siebie źle. Zdegustowany partyzant podeszedł i mi go poprawił. Potem razem z nami wrócił do miejsca, gdzie odbywały się występy. Ktoś nas znów podwoził i koleżanka zapytana w samochodzie, czy jest ze wsi (właściwie nie wiem dlaczego jej zadali to pytanie, w mundurze była), odparła rezolutnie, że Kurdistan to jest jedna wielka wieś. 

Autokary, którymi tu przyjechaliśmy wracały z ludźmi do Makhmur. Ja natomiast chciałam jechać do Slemanyi, dlatego zabrałam swoje rzeczy, z żalem rozstałam się z mundurem i z dwoma nieznanymi mi kolegami udałam się - tym razem już "normalnym" kurdyjskim pseudoautobusem do Suly. Jechaliśmy drogą na Ranya i widoki jak zwykle były przepiękne.

Jechaliśmy tą drogą, gdzie w zeszłym roku tureccy terroryści zrzucili bombę na samochód i zamordowali 7 osobową rodzinę z dziećmi. Szczątki samochodu zostawiono na drodze, ogrodzone, jako pamiątkę. Widok robił niesamowite wrażenie.

W autobusiku było około 20 ludzi, z Północy i sami chłopcy. Jeden z kolegów, z którymi jechałam miał pendrive z wywrotową muzyką PKK, którą wetknęliśmy do odtwarzacaza w autobusiku i puściliśmy sobie tą muzykę na full. Wszyscy śpiewali i klaskaliśmy lepiej niż u Rubika. Tych busików jechało kilka, kiedy jeden stawał, inni też się zatrzymywali sprawdzić czy kierowca czegoś nie potrzebuje. Przy okazji doszłam do wniosku, że wyprzedzanie się na wzajem to po prostu taki styl jazdy i nie służy temu, żeby być pierwszym. Niestety było ciemno i widziałam tylko światła Ranya z daleka.

Do Suly wjechaliśmy od strony Azmar i światła miasta wyglądały przepięknie. Przed wjazdem do miasta pan kierowca w ekspresowym tempie wymienił klocki hamulcowe, które się starły na górkich serpentynach.

Kolega zaprowadził mnie do redakcji "Hawdem" w Suly, która bardziej przypomina mieszkanie niż redakcję, składa się z trzech pokoi z kuchnią - z tego co potem zauważyłam chłopcy tam mieszkają. Nocowały też jakieś koleżanki kurmandji (przez dwie noce). Przy okazji chciałam zauważyć, że chłopcy robią bardzo dobre jedzenie. Na szczęście są sorani, więc idzie się dogadać.

 

HPG w pick-upie:

 

Widok na piknikowe pole w Qandil:

 

Partyzant, który użyczył mi karabinu do zdjęcia:

 

 

Gorstani shahid w Qandil:

 

 

Qandil:

 

Wrak samochodu zniszczonego przez tureckich terrorystów:

 

 

Droga do Suly:

 

Moja duma:

 

 

 

16:07, kulkakurd
Link Komentarze (1) »
DZIEŃ TRZECI - OBCHODY NEWROZ W CAMPI MAKHMUR

20.03. CAMPI MAKHMUR

Rano zjadłam śniadanie wykonane przez "terrorystki", a idiotów którzy nas tak nazywają informuję, że nie były to granaty. Ani żadne inne owoce. Poszłyśmy do "bazy" i tam spotkałam się ze znajomymi (już teraz). Z Arim poszłam do domu jednego z chłopców, który mieszka w Makhmur - Rizgara (też mówi trochę po angielsku). Rizgar studiuje inżynierię budowlaną w Hewler, a jego brat medycynę. Studiuje też jedna z jego sióstr. Zostaliśmy u nich na obiad. I tu wspomnę, że chłopcy tak samo pomagali mamie przy tym obiedzie, jak dziewczyny. Potem znów poszliśmy do naszego amfiteatru i zaczęły się główne obchody Newroz w Makhmur. Znów muzyka, tańce i ogólna radość. cały czas byłam w swoim ukochanym mundurze PKK.

Wieczorem, tam gdzie nocowałyśmy z dziewczynami przyszli panowie partyzanci, w odwiedziny i przy okazji zjedli z nami kolację. Dla mnie wspólne jedzenie z tymi ludźmi było czymś, co nie wiem, jak mam opisać. Wszyscy byli kochani. Zauważyłam, że jest w nich taka radość, że nikt nie podejrzewałby, że ciągle ryzykują życie. Kocham ich wszystkich, a najgorsze jest to, że jak pojadę tam w przyszłym roku, to może się okazać, że nie spotkam już niektórych z nich, że turcy ich zamordowali. Kiedy człowiek uświadomi sobie, jaki tryb życia oni prowadzą, to pozostaje jedynie czuć do nich ogromny szacunek. Powiedziałam im, że ich wszystkich kocham i że chcę ich w przyszłym roku zobaczyć wszystkich żywych. Tylko się uśmiechnęli i powiedzieli, że partyzanci z PKK nigdy nie umierają. Zrobiłam sobie z nimi zdjęcia, których nie publikuję w internecie, bo nie ma potrzeby, żeby ktokolwiek widział jak wyglądają - uważam, że tak jest dla nich bezpieczniej - na wszelki wypadek. Powiem tylko, że zdjęcia są piękne.

Potem dostałam dwóch chłopców, którzy mieli udać się ze mną na check-point, żebym mogła odebrać paszport, bo w nocy mieliśmy wyjechać do Qandil. Przed budynkiem check-pointu był nieduży tłumek ludzi, może około 30 osób, głównie z Północy. Kiedy popatrzyłam przez okienko do wnętrza budynku Asaish, zobaczyłam kilka szuflad pełnych paszportów (czerwonych tak jak mój, w większości tureckich) i pomyślałam sobie - powodzenia. Po cierpliwym (w przeciewieństwie do reszty) odczekaniu, które nawet nie trwało długo, podeszłam pod drzwi i w dalszym ciągu cierpliwie czekałam na swoją kolej, jako że wiem jak działają "biura obsługi klienta" w Południowym Kurdistanie. W końcu jeden z chłopców powiedział, żebym weszła do środka. Podejrzewałam, że polski paszport mają tam tylko jeden i takowego kazałam im szukać, poinformowawszy, że jest cieńszy niż te tureckie. Ale na nic się to zdało, bo chłopcy nie czytali okładek, tylko wnętrze, najwyraźniej lubią sobie utrudniać życie. Pomyślałam, że będzie szybciej, jak i ja zacznę szukać i zabrałam się za jedną z szuflad. Za chwilę zauważyłam mój paszport w szufladzie przeszukiwanej przez jednego z chłopców.

Wróciliśmy do "bazy", ale w sumie spałam tylko godzinę, bo wyjazd był o drugiej w nocy (czasu ogólnoludzkiego), czyli o jakiejś 3:30 czasu kurdish.

 

Obchody Newroz w Makhmur:

 

14:29, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
DZIEŃ DRUGI - WYJAZD DO CAMPI MAKHMUR

19.03. CAMPI MAKHMUR

Wstałam po 9:00, zjadłam śniadanie i przyjechał po mnie Saro, który poprzedniego dnia razem z Peywandem odbierał mnie z lotniska. Pojechaliśmy najpierw do redakcji "Hawdem", gdzie poznałam resztę załogi, czyli Darę i Torrosa. Następnie z Darą udałam się do Makhmur.

Jeśli mam być szczera to nie wiem co mam napisać o samym Makhmur. Tak na prawdę nie zdawałam sobie sprawy co to za miejsce. Kiedy poprzedniego dnia zapytałam chłopców czy zabiorą mnie do Qandil, bo chciałam spotkać się z partyzantami z PKK, powiedzieli, że pojedziemy do Makhmur, bo tam też są. Wyobrażałam więc sobie, że jest to miejsce położone gdzieś w pobliżu gór, w których ci partyzanci stacjonują. 

Droga zajęła około godzinę. Zobaczyłam w końcu góry i drogowskaz, że do Makhmur jest 10 km. Ale minęliśmy góry, a właściwie niewysokie pojedyncze pasmo, za którym rozciągała się idealnie płaska i kompletnie łysa równina, na której żadną ludzką możliwością nie szło się zakamuflować. Wspomniane pasmo ominęliśmy - że się tak wyrażę - bokiem i pojechaliśmy wzdłuż niego. Jednakże było to nikłym pocieszeniem, jako że owo pasmo było tak samo łyse, jak wszystko inne dokoła, a więc partyzanci żadną miarą nie mogłi się tam ukrywać (o, naiwności ma!). 

Campi Makhmur to obóz dla uchodźców z Północnego Kurdistanu. Uchodźcy we własnym kraju. Przy wjeździe jest check-point, gdzie zostawiłam paszport, w nadziei, że chłopcy go nie posieją (nadzieja ta rozwiewała się, kiedy dwa dni potem poszłam go odebrać, ale o tym w swoim czasie). Miejsce jest pod patronatem ONZ - UNCHR. W Makhmur mieszka około 14 tysięcy ludzi, ale miejsce wygląda jak wioska, nie miasto. Domy są zbudowane z kamienia i gliny, ale większość z nich wyposażona jest w anteny satelitarne, a w środku, choć bardzo skromnie to czysto. Po wyboistych, pokrytych kurzem i dziurami ulicach poruszają się luksusowe samochody, tak jak wszędzie - nie starsze niż kilkuletnie, z reguły terenówki, jeepy. Najwyraźniej ludzie w Kurdistanie mają inne priorytety niż bogaty wystrój wnętrz. Być może dla większości Makhmur nie byłoby atrakcyjnym miejscem i nie podobałoby się, ale ja pomyślałam, że to jest właśnie prawdziwy Kurdistan i dla mnie to miejsce jest jednym z najpiękniejszych.

Jadąc przez wertepy gruntowych uliczek w Makhmur nie przestawałam się zastanawiać, gdzie na litość boską mogą ukrywać się najbardziej poszukiwani "terroryści" świata?

Udaliśmy się do murowanego, parterowego budynku w kształcie podkowy. Na dziedzińcu przywitałam się z jakimiś dziewczynami. Pomyślałam, że może koleżanki na przepustce - urlopie i dlatego po cywilnemu. Weszliśmy do środka, dali nam jedzenie i herbatę. Za chwilę wszedł pierwszy pan ubrany w mundur PKK. Wzruszająca chwila. Potem zaczęli przychodzić inni panowie i panie ubrani w mundury partyzantów. W końcu uświadomiłam sobie, że całe Makhmur pełne jest PKK, a mieszkańcy to ich gorący zwolennicy.

W Makhmur jest budynek - Izba Pamięci - poświęcony zamordowanym partyzantom. Na ścianach wiszą setki portretów tych, którzy oddali życie za swój kraj, są na nich ich nazwiska, daty urodzenia i śmierci oraz wstąpienia do PKK.

Wieczorem miała być pierwsza część obchodów Newroz. Koniecznie chciałam ubrać się w mundur PKK i wreszcie wyłudziłam takowy od Dary, który szczęśliwym trafem był mniej więcej mojej postury. Trochę dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że tak nachalnie zdarłam z niego odzienie, ale to było jedno z moich marzeń. Kiedy się ubrałam w ten strój, poczułam się tak, jakbym chodziła w nim całe życie. Repliki mundurów PKK są w Makhmur czymś w rodzaju stroju odświętnego - przy takich okazjach jak Newroz ubiera się w nie wielu cywili - także dzieci. Jak się dowiedziałam potem strój taki kosztuje 100 dolarów. Ale jak dla mnie warty jest tej ceny.

Było już po zmroku, kiedy zaczeły się obchody Newroz. Podobnie jak w Akre, ludzie z pochodniami - głównie młodzież i dzieci - szli na stok góry, zapalając po drodze mniejsze i większe ogniska. Potem zeszliśmy do miejsca przypominającego amfiteatr, gdzie była wybudowana scena, na której odbywały się występy. Przyjechała reszta chłopców z redakcji "Hawdem" i po występach poszliśmy zjeść do jednej z restauracji. Poznałam Ameda, brata Saeeda z Manchester, który jest bardzo kochany i szalony i jest całkowitym przeciwieństwem Saeeda. Poza tym był tam też Ari, który jako jedyny mówił po angielsku (poza jednym z chłopców mieszkających w Makhmur, który studuije anglistykę i przyszedł na chwilę porozmawiać ze mną - ale potem już go nie widziałam).

Nocowałam z dzieczynami z PKK, w budynku do którego szłyśmy kilka minut zaułkami Makhmur i gdzie nie trafiłabym nawet w biały dzień. Dziewczyny z gór poruszają się w całkowitych ciemnościach jak koty.

W Makhmur okazało się, że problemem nie jest to, że praktycznie nikt nie mówi po angielsku, tylko to, że niewiele osób mówiło w sorani. Byli w większości z Północy, więc posługiwali się kurmandji (w porywach też tureckim).  

 

Izba Pamięci w Makhmur:

 

 

Wieczór Newroz w Campi Makhmur:

 

13:46, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
DZIEŃ PIERWSZY - WITAM SIĘ Z KURDISTANEM PO RAZ DRUGI

18.03. PRZYLOT DO HELWER

Pod koniec lotu niebo było bezchmurne, dzięki czemu cudownie widać było góry Zagros, a błękitne jezioro Wan między ośnieżonymi szczytami zapierało dech. Przepięknie widać było też Amedi, miasto w południowym Kurdistanie, położone na płaskowyżu. Jak pokazałam chłopcom w samolocie Wan, to jeden zapytał czy mam GPS. Ale nie potrzeba GPS-a, żeby się zorientować, że widzi się włąśnie Wan - w tym rejonie nie ma żadnego innego ogromnego zbiornika wodnego, z którym można byłoby je pomylić. 

Po wylądowaniu jeden z chłopców na lotnisku wbił mi w paszport pieczątkę, nie wspominając, że mam ją przedłużyć za 10 dni, podejrzewam, że dlatego, że widział pieczątki z zeszłego roku, więc wiedział, że nie musi udzielać mi zbędnych instrukcji. Pożegnał się w sorani. Miło. Potem czekałam na chłopców, którzy mieli mnie odebrać z lotniska. Mój kurdyjski numer nie działał. Wymieniłam kilka SMS-ów z angielskiego numeru z Saeedem z Manchester, który mi tych chłopców organizował. Chciałam ustalić gdzie oni są, ewentualnie gdzie ja mam na nich czekać. Nie udało się, jako że dogadanie się z Saeedem wymaga szczególnych predyspozycji menatalnych, których najwyraźniej nie posiadam. W końcu chłopcy przyjechali (okazało się, że tak jak podejrzewałam byli tam gdzie czekają zawsze rodziny przylatujących), a że nie mówili po angielsku, a ja jeszcze nie przywykłam do mówienia w sorani, więc płaszczyznę porozumienia werbalnego mieliśmy trochę utrudnioną. Pojechaliśmy do domu rodziny jednego z nich - Peywanda i tam mnie zostawili. Tam również nikt nie mówił po angielsku. Potem przyszedł jeden z jego braci z żoną i on po angielsku mówił, ale w pewnym momencie to przestało mieć znaczenie, jako że generalnie itak posługiwałam się sorani, a najwięcej konwersowałam z 8 letnią siostrą Peywanda, która była po prostu nie do opisana. Oczywiście nakarmili mnie i generalnie wszyscy starali się mnie uszczęśliwić. Zostałam u nich na noc.

Przez cały czas zastanawiałam się skąd znam Peywanda, bo z kimś mi się kojarzył i w końcu przypomniałam sobie, że mam go na liście znajomych na Facebooku :)

 

Góry Zagros widziane z samolotu:

 

Jezioro Wan:

 

Amedi, miasto na płaskowyżu:

 

12:31, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
KURDISTAN 2012 - KILKA OGÓLNYCH UWAG

22.03. SLEMANYI, PARKI AZADI, godz.11:35

Nie wiem od czego zacząć i jak wszystko ogarnąć. Nie pisałam na bieżąco, bo pierwsza część mojego pobytu w Kurdistanie miała całkiem inny charakter niż poprzednio. W zeszłym roku szwendałam się luzem i zwyczajnie marnowałam czas na nic nie robieniu i cieszeniu się rzeczywistością. W tym roku przez cały czas byłam z ludźmi i nie miałam czasu siedzieć i opisywać na bieżąco. Zacznę od kilku ogólnych uwag, a potem opiszę dzień po dniu - jeśli będę w stanie, bo mam wrażenie, że pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się opisać.

Ktoś kto wspominał cokolwiek o zimie, chyba nie mówił o Kurdistanie. Siedzę w cieniutkiej bluzeczce i przewiewnych spodniach, w pełnym słońcu, jakiego próżno szukać w Anglii w środku lata. Jest gorąco. A jestem w Suly, gdzie pogoda jest zwykle chłodniejsza niż na przykład w Hewler. W Qandil na szczytach gór leży śnieg, ale na dole w słońcu był taki sam upał, jak wszedzie w miastach. A zatem póki co o zimie w Kurdistanie można zapomnieć. Na razie spaliłam sobie facjatę w tym ostrym kurdyjskim słońcu - podejrzewam, że wczoraj w Qandil. Teraz przypalam sobie ręce. Na Goyzha widać jeszcze niewielkie paseczki śniegu, który nie zdążył stopnieć po zimie.

Jestem tu 4 dni i do tej pory wydałam niecałe 10 dolarów (jakieś 7 funtów), w tym 4 dolary na doładowanie komórki. W związku z tym mój dług wobec ludzi z Kurdistanu, którzy dają mi tu wszystko, urósł jeszcze bardziej. Opiekują się mną ludzie, których kompletnie nie znam, nawet nie wszystkie imiona zapamiętałam. Są to ludzie z PKK, także czynni zawodowo żołnierze - partyzanci oraz dziennikarze z pisma "Hawdem" - które też związane jest z kręgami wspierającymi "terroryzm". Tu wyjaśniam, że słowa tego użyłam jako ironii w stosunku do tych, którzy tych ludzi nazywają "terrorystami", bo ewidentnie nie wiedzą o czym mówią, albo mają kompletnie wypaczoną definicję terroryzmu.

Magazyn "Hawdem" to ma swoje biuro w Hewler, Slemanyi i Duhok. Jeśli chodzi o Hewler i Suly - to zwróciłam uwagę, że załoga każdego z tych oddziałów charakteryzuje się tym, że wszyscy są normalni, a jeden jest szaleńcem, który się cały czas wydurnia. W Hewler funkcję tą pełni Torros, a w Suly - Bahoz. Obaj są przy tym jedynymi, którzy próbują powiedzieć coś po angielsku - co wychodzi im średnio na jeża, żeby nie powiedzieć -  masakrycznie.

Z reguły do tej pory nie wiedziałam, gdzie będę spać następnej nocy, ale nie miało to większego znaczenia, bo wiedziałam, że nie muszę się o to martwić. O nic się nie musiałam martwić.

Podobnie jak w zeszłym roku chłopcy na ulicy są zdezorientowani faktem, że łażę wszędzie jak po swoim, nie wyglądając przy tym na kogoś miejscowego. Pojutrze prawdopodobnie pojadę do Hewler. Nie byłam jeszcze w mieście, tylko spałam u rodziny jednego z dziennikarzy - Peywanda, gdzieś na obrzeżach miasta. Zastanawiam się czy jak pojadę do Hewler, to chłopcy z bazaru mnie poznają.

To na razie tyle, teraz wracam w okolice Maydani Azadi (Saray Azadi), bo o 1:00 mam się spotkać z moim bratem Faradoonem, tylko na chwilę, żeby dać mu słodycze dla Lary, jego córki, bo Fara cały czas siedzi w szpitalu - ma tam ojca w ciężkim stanie.

Jak zwykle najwiękjsze zainteresowanie wzbudzają moje tenisówki.

 

11:47, kulkakurd
Link Komentarze (2) »
DZIEŃ PIERWSZY - PO RAZ KOLEJNY LOTNISKA, SAMOLOTY....

Zapraszam na drugą edycję wspomnień z kurdyjskiej ziemi. Po raz kolejny z żalem zaznaczam, że zdjęcia nie oddają w pełni tego co można zobaczyć na własne oczy.

A zatem wystartujmy z Londynu.

 

18.03. LOTNISKO HEATHROW, godz. 00:50

Myślałam, że takie lotnisko jak Heathrow rzuci mnie na kolana. Rzuciło, ale z rozpaczy. Powinnam była nabrać podejrzeń zaraz po wejściu, jadąc ruchomymi schodami przez korytarz, który wyglądał jak w slumsach. Idąc za drogowskazami doszłam do "Terminalu 1". Średniej wielkości hall z kilkoma nieczynnymi o tej porze punktami typu "wymiana walut", "informacja", "wynajem samochodów". W głębi jedyny przyzwoicie wyglądający fragment - kawiarnia "Costa". Szukam drogi do czegoś, co będzie przypominało terminal lotniska. Nie ma. Kilka rzędów krzeseł - w większości metalowych. Jedyna pozytywna rzecz to gniazdko, więc mogę doładować telefon. Wszędzie informacje o przylotach - krajowe, zagraniczne - natomiast ani słowa o odlotach. Szczerze mówiąc ten dworzec lotniczy w Rzeszowie, z którego pękałam ze śmiechu wygląda o niebo lepiej. I muszę tu siedzieć parę godzin... Help!

 

10 minut później

Nie będąc w stanie zdzierżyć psychicznie obskurności miejsca, w którym się znajdowałam i wiedziona instynktem oraz przeczuciem, że niektórzy z oczekujących znikają gdzieś, gdzie może być lepiej, udałam się na rekonesans. Jedyne schody zgodnie z informacją prowadziły do "przylotów z UK i Irlandii". Natomisat zwróciłam uwagę na mikroskopijne tabliczki informacyjne przy windach i znalazłam taką, która mówiła o odlotach. Alleluja! Wsiadłam i pojechałam. I tym sposobem znalazłam halę odlotów. Najwyraźniej uprzednio znajdowałam się w jakimś przedsionku, co świadczy, że jednak niezły ze mnie ciołek..

Hala odlotów o tej porze nocy pustawa. Dość spora, dobrze oznakowana. Ale podejrzewam, że tak jak na każdym lotnisku najatrakcyjniejsza część znajduje się już za odprawą. A do odprawy jeszcze trochę. Swoją drogą oznakowanie na dole mogłoby być lepsze, bo te tabliczki przy windach są ledwo widoczne, a żadnego normalnego drogowskazu do odlotów nie ma.

Ciekawa jestem kto będzie leciał ze mną. I czy znów ci biedni chłopcy będą zdezorientowani moją obecnością. Niedaleko mnie siedzi jeden z dziewczyną, który wygląda jakby był swój (ale na 100% nie jestem pewna). Od czasu do czasu dziwnie na mnie patrzy, a rozczochrana nie jestem, więc może to dlatego, że mam flagę przypiętą do plecaka. Okaże się.

Za jakieś 12 godzin powinnam być już u siebie.

 

godz. 5:00

Jestem już w strefie rozrywki, czyli za odprawą. Na razie nie pozwiedzałam za wiele, bo doładowuję telefon, więc siedzę i go pilnuję. Nie żeby był wartościowy, raptem za 10 funtów, ale jest mi potrzebny, poza tym mam tam całą moją muzykę. Ten chłopiec, co siedział niedaleko mnie z dziewczyną, to jednak nasz. W końcu zagadał i się wstępnie zakolegowaliśmy - jak to my - kurdisze :).

Super, bo jak mi przydzielą bramę o numerze powyżej 77 to zgodnie z informacją idzie się do niej 25 minut. To chyba ze 2 kilometry, autobus powinien jeździć.  Chyba odłączę telefon i pozwiedzam.

(Miałam szczęście - dostałam bramę, do której było najbliżej - tylko 5 minut).

 

SAMOLOT LUFTHANSA, godz.8:00

Szacun dla Lufthansy - fotele zamontowane są tak, że jest miejsce na nogi (w przeciwieństwie do Ryanaira i Hellas Viking). Na dzień dobry dostaliśmy ciasteczko i napój (zimny lub gorący).

 

godz. 10:30

Straszną padlinę podstawili we Frankfurcie. Ciasno jak w ... Ryanairze. I w tej sytuacji nikłym pocieszeniem jest obecność poduszeczki i czegoś w rodzaju zdechłego koca na każdym siedzeniu. Ten kolega, z którym  poznałam się na lotnisku ma miejsce koło mnie. Ni z gruszki ni z pietruszki zapytał, czy jestem z PKK. Najwyraźniej muszę wyglądać na terrorystkę, na co nie zwróciła uwagi obsługa żadnego z lotnisk. 

 

 

11:20, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 marca 2012
W 24 ROCZNICĘ LUDOBÓJSTWA W KURDYJSKIM MIEŚCIE HALABJA

16 MARCA 1988

 

 

 

 

02:01, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 marca 2012
KOŃCOWE ODLICZANIE PO RAZ KOLEJNY

I jako się rzekło, historia lubi się powtarzać. A zatem w tym roku tak samo jak w ubiegłym, dokładnie tego samego dnia 18 marca - tyle, że o wcześniejsze nieco godzinie - wsiądę do samolotu - tym razem eleganckich lini lotniczych Lufthansa, który zawiezie mnie - gdzie? :)

No to chyba każdy wie.

Tegoroczny wyjazd nie był zaplanowany - to znaczy owszem chciałam jechać, ale ponieważ nasze tanie linie lotnicze Viking Hellas - wcięło, więc wyjazd stał pod dużym znakiem zapytania. Ale przypadkiem znalazłam w miarę tanie bilety, więc je nabyłam. Co mogę dodać? Liczę dni - ale już nie tak desperacko jak w zeszłym roku. Bo teraz wiem, że Kurdistan to nie jest jakieś nieosiągalne marzenie za siedmioma górami, ale kwestia paru groszy i kilku godzin w samolocie. Więc za 2 tygodnie w tym samolocie będę i tym razem - ponieważ lądujemy popołudniu - zobaczę Hewler z lotu ptaka w świetle dnia. Możliwe, że będzie wyglądał tak:

 

 W tym roku będę mieć trochę z górki, bo nie będę na miejscu w środku nocy, co mi znacznie ułatwi życie i całkiem możliwe, że ktoś po  mnie wyjedzie na lotnisko - jeszcze nie wiem kto, bo nie znam tych chłopców, którzy ewentualnie mają przyjechać, ale byłoby dobrze, bo użeranie się z lotniskową mafią taksówkową nie należy do moich ulubionych czynności.

To chyba tyle - krótko dziś, ale co mogę więcej napisać - trzeba poczekać cierpliwie dwa tygodnie i tyle. Po przyjeździe oczywiście szczegółowa relacja, tak jak w zeszłym roku. 

22:36, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 lutego 2012
FACEBOOK - KOLEJNY OPRESOR KURDÓW - ONLINE

Wiem, że zaniedbuję ten blog, ale za dużo się dzieje i gdybym chciała pisać o wszystkim musiałabym spędzać przed komputerem co najmniej 20 godzin na dobę - a wybrać coś, o czym miałabym napisać jest trudno. W Turcji i północnym Kurdistanie na porządku dziennym są działania wymierzone w ludność kurdyjską. Podobnie w innych częściach kraju... Trudno to wszystko ogarnąć, a opisanie graniczy z cudem. Wiem, że powinnam, że to mój obowiązek, żeby informować świat o tym co się dzieje. Ale jest to trochę ponad moje siły.

Dziś krótko - na temat naszego (aktywistów kurdyjskich w sieci) odkrycia odnośnie popularnego, może nawet najpopularniejszego portalu społecznościowego - Facebooka. 

Przez długi czas ignorowałam fakt, że moje konto na Facebooku było usuwane bodajże 4 czy 5 razy w ciągu ostatniego 1,5 roku. Nie znałam przyczyny tego usuwania, poza automatycznie generowaną informacją mailową, mówiącą, że "naruszyłam regulamin" - w jaki sposób - niestety nie było możliwości dociec, jako że wszelkie próby kontaktu mailowego z portalem owocowały otrzymywaniem ciągle tej samej automatycznie generowanej wiadomości. 

Aktualne konto, które posiadam (jeszcze) zostało ostatnio zablokowane na 24 godziny za zamieszczenie plakatu bojkotującego wczasy w Turcji (dla przypomnienia - polska wersja tegoż):

 

Było to drugie "ostrzeżenie". Pierwsze otrzymałam za to zdjęcie z okazji rocznicy utworzenia PKK w listopadzie:

 

No dobrze, załóżmy nawet, że zgodzę się z administratorami portalu - na tym zdjęciu jest broń, na plakacie bojkotującym wakacje w Turcji były zdjęcia zamordowanych ludzi. Niech zatem będzie, że są to treści kontrowersyjne.

Jednak niefortunnym zbiegiem okoliczności (a może fortunnym i może wcale to zbieg okoliczności nie był) w tym samym czasie zostało zablokowane konto jednego z bardziej znanych (o ile nie najbardziej znanego) aktywisty na rzecz praw Kurdów - Irlandczyka Marka z Londynu. Popatrzmy za co został zablokowany:

KCK - (Union of Communities in Kurdistan) - to cywilna kurdyjska organizacja, póki co legalna, to znaczy nie znajdująca się na żadnej światowej liście tzw. "organizacji terrorystycznych". Mark został też zablokowany za to zdjęcie z legalnie odbywającego się marszu z Genewy do Strasburga:

Za to została zablokowana inna osoba:

 

Sprawa została nagłośniona najpierw na portalu Twitter, gdzie nasi aktywiści spotykają się pod hashtagiem #twitterkurds. Wtedy okazało się, że ja i Mark nie jesteśmy jedynymi ofiarami dyskryminacji rasowej na Facebooku. Naszym ludziom udało się dotrzeć do materiałów ujawnionych przez jednego z byłych pracowników Facebooka, z których jasno wynika, że jedynym celem ataków na portalu jest Kurdistan, a jedynym krajem pod specjalną ochroną jest Turcja - przypadek?

 

Jedyną osobą publiczną wymienioną w dokumencie, której na Facebooku nie wolno atakować zarówno werbalnie, jak i graficznie, jest nikt inny tylko fundator faszystowskiego tureckiego reżimu - Kemal Mustafa Ataturk. Na portalu nie wolno umieszczać zdjęć tylko jednej palącej się flagi państwowej - tureckiej. Nie wolno też zamieszczać mapy Kurdistanu (i tylko tej). Jedyną osobą publiczną wymienioną w dokumencie, której na portalu nie wolno popierać jest Abdulla Ocalan, a jedyną organizacją PKK (natomiast jak najbardziej można wyrażać się o powyższych "przeciw"). Nawet jeśli uznamy, że publiczne popieranie PKK, jako organizacji znajdująca się na liście organizacji "terrorystycznych" jest niezgodne z prawem (o ile jest) - to w dalszym ciągu pozostaje pytanie - co z pozostałymi organizacjami z tejże listy, o których w wytycznych Facebooka nie ma mowy?

Można zatem do woli promować na Facebooku Bin Ladena, Al-Qaidę, Tamilskie Tygrysy, Hamas, Hezbollah, Front Wyzwolenia Palestyny, Hitlera, Stalina i co dusza zapragnie - ale za PKK i Ocalana będziecie zablokowani. Możecie "palić" każdą możliwą flagę istniejącą na świecie - ale za zdjęcie palącej się tureckiej flagi - blokada. ITD. ITP.

Dlatego jesteśmy wkurzeni. Jesteśmy autentycznie wkurzeni. Na portalu Twitter prowadziliśmy akcję protestacyjną pod hashtagami #facebook - #fascistbook.

Zawartość naszych kont na Facebooku jest blokowana prawdopodbnie tylko w sytuacji, kiedy zostanie zgłoszone nadużycie - tak podejrzewamy, jako że ilość użytkowników raczej uniemożliwa "przypadkowe" wyłapywanie "niepożądanej zawartości". Dlatego też zwykle blokowane są konta osób biorących czynny udział w walce na rzecz praw Kurdistanu - Turcy zwyczajnie nas już znają, nie trudno im znaleźć nas online. Ale nie przestaliśmy publikować "zakazanych treści", wprost przeciwnie - Facebook jest teraz zalany zdjęciami i treściami kurdyjskimi i antytureckimi - społeczność kurdyjska na Facebooku zareagowała natychmiast i zgodnie.

Powyższy dokument może się wydawać żartem, kiedy uświadomimy sobie, że obok takich zakazanych treści jak seks, narkotyki i przemoc - znajduje się Kurdistan - jako jedyny z wszystkich krajów świata. I jak rozumieć fakt, że jedyną flagą pod szczególną ochroną jest flaga turecka? Szczerze mówiąc nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. Czy Facebook robi to dla idei tylko, czy w grę wchodzą pieniądze? A jeśli tak, to czy płacenie za dyskryminację narodu jest tak do końca zgodne z prawem?

Nie sprawdzałam tego osobiście, ale dotarły do mnie informacje, że nie ma możliwości zarejestrowania konta pod nazwą użytkownika którą jest słowo "Kurdistan". Spieszę zatem poinformować, że "Kurdistan" jest także imieniem nadawanym ludziom w Kurdistanie - więc jeśli przypadkiem jesteś Kurdem, który nosi takie imię - teoretycznie nie możesz być użytkownikiem portalu Facebook, jeśli zgodnie z regulaminem chciałbyś (chciałabyś) zarejestrować konto pod swoim prawdziwym imieniem. 

Jest to tak absurdalne, że nie wiadomo, co o tym myśleć. 

21:39, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 stycznia 2012
"MAM MARZENIE" - list do Prezydenta USA B.Obamy

Panie Prezydencie,

 

Z pewnością znana jest Panu sytuacja Kurdów, którzy muszą żyć pod turecką okupacją od 1926 roku, kiedy Traktat z Losanny podzielił Kurdistan i oddał jego terytorium razem z zamieszkującymi tam ludźmi, pod kontrolę czterech państw. Zatem raz jeszcze piszę do Pana list w tej sprawie i będę pisać aż zmieni Pan swoją postawę i politykę Pana kraju wobec konfliktu kurdyjsko-tureckiego.

Panie Prezydencie - jest Pan głową potężnego kraju, który niemalże od zalążków swego istnienia ma ambicję być modelem demokracji i obrońcą praw człowieka. Ale nawet w chwalebnej historii Stanów Zjednoczonych są pewne mroczne karty haniebnych czasów, które jednak nie zdołały przetrwać i przezwyciężyć uniwersalnych wartości człowieczeństwa. Mroczne czasy niewolnictwa w XVIII i XIX wieku i Wojna Domowa pomiędzy Skonfederowanymi Stanami Południowymi, a Zjednoczonymi Stanami Północnymi należą już do historii. Ale pomimo faktu, że zwycięstwo praw człowieka nad niewolnictwem przyniosło wolność tysiącom ludzi - nie tak dawno temu, zaledwie w połowie XX wieku, w kolebce demokracji i praw człowieka, byliśmy świadkami echa tych mrocznych czasów niewolnictwa i ucisku. Gdybyśmy cofnęli się w czasie zaledwie o jedno pokolenie, moglibyśmy zobaczyć jak spora część Narodu Amerykańskiego była dyskryminowana i prześladowana.

Afro-Amerykanie, ludzie których skóra miała ciemny lub czarny kolor, doświadczali bardzo podobnych  okrucieństw, jakie ciągle są nieodłączną częścią życia codziennego Kurdów. Jak wielu Amerykanów o afrykańskim pochodzeniu zostało skrycie zamordowanych (głównie przez członków Ku-Klux-Klan)? Jak wielu straciło życie jawnie, wprost na oczach innych ludzi? Tych ludzi, którzy nie byli w stanie nic zrobić, bo byli bezradni i tych, którzy nie chcieli nic zrobić, bo żyli z nienawiścią w sercach. Tak było 50-60 lat temu w USA. Ale dziś tego rodzaju rzeczy są ciągle udziałem Kurdów, którzy żyją w sztucznych granicach państwa tureckiego.

Panie Prezydencie - czy kiedykolwiek pomyślał Pan, że gdyby urodził się Pan w innych czasach, gdyby żył Pan w latach 50-tych i 60-tych ubiegłego wieku - nie ośmieliłby się Pan nawet marzyć o byciu Prezydentem. Czy zdaje Pan sobie sprawę, że w tych morcznych latach, nie byłoby Panu wolno nawet jechać autobusem na tym samym piętrze, na którym jechali Pana "biali" współobywatele? A gdyby powiedział Pan "Cześć" do "białej" dziewczyny na ulicy, mógłby Pan zostać pobity, a kto wie - może nawet zabity - przez członków tej "lepszej" części społeczeństwa, tych którzy mieli "właściwy" kolor skóry.

Tego rodzaju rzeczy ciągle dzieją się dzisiaj. Jedyna różnica jest taka, że oprawcy używają bardziej zaawansowanych i nowoczesnych środków i narzędzi do prześladowania i ludobójstwa Kurdów - jak myśliwce wojskowe, bomby, nielegalna i zabroniona przez prawo międzynarodowe broń chemiczna i - jak podejrzewają niektórzy - nowoczesna technika, pozwalająca na sztuczne wywoływanie trzęsień ziemi.

Bez względu na to jaka jest podstawa dyskryminacji i prześladowań - kolor skóry czy narodowość - faktem jest, że dziś prawa człowieka są łamane - w XXI wieku, u progu Europy. Być może Ku-Klux-Klan nie działa już aktywnie w USA, ale ciągle aktywnie działa partia AKP w Turcji. I dziś bycie Kurdem pod turecką kontrolą jest bardzo podobne do bycia "czarnym" w połowie ubiegłego wieku w USA.

Sytuacja Afro-Amerykanów zasadniczo się zmieniła w ciągu ostatnich 50 lat. Sytuacja Kurdów żyjących pod turecką okupacją nie zmieniła się wcale przez niemal całe stulecie. To smutne i przygnębiające, że Pan, Panie Prezydencie, popiera tę brutalną i w rzeczywistości bezprawną politykę turecką wobec Kurdów. Pana kraj dostarcza Turkom najnowocześniejszej broni, która jest używana w wielu aktach terroru wobec ludności kurdyjskiej. Oczywiście rozumiem, że "interes to interes", a pieniądze przemawiają głośniej niż jakiekolwiek wartości we współczesnym świecie. Ale tak nie musi być. Możemy usprawiedliwić istnienie broni tylko jeśli służy do samoobrony. Nowoczena broń, którą Pana kraj sprzedaje Turcji nie służy samoobronie. Służy ludobójstwu Narodu Kurdyjskiego, mordowaniu w najbardziej brutalny sposób młodych Kurdów, takich jak tych 35-ciu w regionie Uludere, w wiosce Roboski, którzy zostali zmasakrowani przez turecki myśliwiec wojskowy 28 grudnia 2011 roku. Ci młodzi ludzie, nastolatki i dzieci (najmłodszy miał tylko 12 lat), nie marzyli o byciu Prezydentem potężnego kraju. Marzyli o bezpiecznym życiu i wolności. Jak dużo jeszcze takich marzeń zostanie zniszczonych przez amerykańską broń w tureckich rękach?

Panie Prezydencie, jeśli z jakiegoś powodu nie chce Pan lub nie może nam pomóc, przynajmniej niech nie wspiera Pan Turków w zabijaniu i prześladowaniu nas. Niech Pan nie wspiera tej nowoczesnej formy ukrytego terroryzmu. Niech Pan rozważy czy Dr Martin L. King byłby z Pana dumny, Panie Prezydencie. Ten człowiek był jednym z tych, którzy poświęcili życie walcząc o Pana prawa - a teraz Pan korzysta z tych praw stając przeciwko bezbronnym ludziom, przeciwko Kurdom, którzy nie popełnili żadnego przestępstwa, poza tym, że są Kurdami i żywią niezniszczalne pragnienie bezpiecznego życia, samostanowienia, wolności i niepodległości. 

Panie Prezydencie, jestem pewna, że zna Pan te słowa, które ja - mimo, że Amerykanką nie jestem - znam na pamięć:

"Uznajemy tę prawdę za oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi i wyposażeni przez swojego Stwórcę w pewne niezbywalne prawa, wśród których jest życie, wolność i dążenie do szczęścia."

Te wspaniałe słowa z Amerykańskiej Deklaracji Niepodległości odnoszą się także do Narodu Kurdyjskiego.

I tak jak kiedyś, w 1963 roku,  jeden z Pana wielkich rodaków, Dr Martin L. King wygłosił słowa: "Mam marzenie..." - dziś ja ośmielam się powtórzyć Jego słowa. Ja też mam marzenie.

Mam marzenie, że moi ludzie, Kurdyjski Naród, będą żyć bezpiecznie na swojej własnej ziemi, a ta ziemia - Kurdistan - będzie wolna i niepodległa.

Mam marzenie, że któregoś dnia mały kurdyjski chłopczyk będzie mówił w szkole w swoim własnym kurdyjskim jeżyku i nie będzie oskarżony o terroryzm.

Mam marzenie, że któregoś dnia, kurdyjskie dzieci nie będą już musiały podnosić kamieni przeciwko czołgom, żeby bronić swojego prawa do bycia Kurdami.

Mam marzenie, że któregoś dnia te kurdyjskie dzieci nie będą osądzane według ich narodowości, ale cech ich charakteru.

Mam marzenie, że któregoś dnia kurdyjska kobieta nie będzie skazana na więzienie za obchodzenie urodzin Abdulli Ocalana, człowieka, który jest jej jedyną nadzieją na wolność, a który został bezprawnie uprowadzony i jest przetrzymywany od lat w izolacji w tureckim więzieniu na wyspie Imrali.

Mam marzenie, że któregoś dnia Kurdistan nie będzie tylko ziemią nadziei, ale ziemią wolności, gdzie wolność rozbrzmiewać będzie ze wszystkich gór, z Zagros, Qandil i Artarat, z nurtów rzek Tygris i Eufrat, z wód jezior Urmia, Dukan i Wan, z jaskiń Shanadar i Bestoon, z palm Xanaqin i zabytkowych murów Amed.

Mam marzenie, że ten dzień nadejdzie tak szybko jak to możliwe, bo im dłużej trwa obecna sytuacja, tym więcej Kurdów jest prześladowanych, torturowanych i mordowanych.

Mam marzenie, ale chciałabym, żeby to już dłużej nie było marzenie, tylko rzeczywistość. Pan może spełnić to marzenie, Panie Prezydencie. Może je Pan spełnić bardzo łatwo.

Tego listu nie napisał znany aktywista czy polityk, sławny artysta czy ktokolwiek ważny. Ten list został napisany przeze mnie - a ja jestem nikim. Może mnie Pan zignorować, Panie Prezydencie. Ale nie powinien Pan ignorować milionów Kurdów, których życie i zdrowie jest w niebezpieczeństwie każdego dnia. A z pewnością nie powinien Pan ignorować wspaniałych wartości praw człowieka, za które tak wielu ludzi na całym świecie oddało i ciągle oddaje życie.

Czasami raz w życiu mamy okazję zrobić coś ważnego.

Panie Prezydencie - dziś ma Pan szansę i możliwość spełnić bardzo ważne marzenie, nie tylko moje marzenie, ale marzenie milionów Kurdów.

Niech Pan nie zmarnuje tej szansy - ona zdarza się tylko raz w życiu. 

 

Z szacunkiem, z  nadzieją, z ufnością

Heval Kulka 

09:40, kulkakurd
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 grudnia 2011
N I E! - dla turystyki i wakacji w Turcji.

Z pewnością wielu ludzi nie wie nic na temat Kurdistanu i narodu kurdyjskiego, podobnie jak nie zdaje sobie sprawy z dramatycznej sytuacji, w jakiej Kurdowie są zmuszeni żyć na codzień w Północnym Kurdistanie - części kurdyjskiej ziemi, która znajduje się w granicach administracyjnych Turcji i pod kontrolą tureckiego rządu. Wielu ludzi, szczególnie Europejczyków, wybiera Turcję, jako cel swoich wakacyjnych wypraw. Ci ludzie zwykle nie zdają sobie sprawy co tak naprawdę tam się dzieje. Widzą jedynie naturalne piękno tureckich letnich kurortów i miejsc turystycznych. Ale my, kurdyjski naród, wiemy, że to nie jest prawdziwe oblicze Turcji. My, naród kurdyjski, wiemy lepiej niż ktokolwiek inny, że piękny obraz tureckich kurortów, to nic innego jak tylko maska, która kryje prawdziwą twarz terrorystycznego państwa tureckiego.

 

Jeśli ktokolwiek z tych turystów pojechałby na kurdyjskie tereny, do takich kurdyjskich miast jak Wan (Van), Amed (Diyarbakir), Elih (Batman), Colemerg (Hakkari) - miałby szansę zobaczyć rzeczywistość, zobaczyć politykę tureckich władz w stosunku do ludnośći kurdyjskiej - prześladowania, aresztowania, torturowanie i mordowanie, które są na porządku dziennym.

 

Każdego sezonu tysiące turystów dobrze się bawi na wakacjach w Turcji - w tym samym czasie nie tak daleko od letnich kurortów - tysiące Kurdów przeżywa ciężkie chwile w swoim codziennym życiu poddanym tureckiemu terrorowi. Wielu Kurdów przeżywa ciężkie chwile, próbując przetrwać jako Kurdowie pod turecką okupacją. Wielu Kurdów traci życie z tego powodu, że są Kurdami - podczas gdy w sąsiedztwie wakacyjna zabawa trwa w najlepsze.

 

Czy ci wszyscy turyści pojechaliby na wakacje do Turcji, gdyby znali prawdę o Turcji? Czy sięgnęliby do kieszeni, żeby wydać pieniądze w Turcji, gdyby wiedzieli, że tak na prawdę sponsorują turecką politykę prześladowania Kurdów?

 

Jak zatem możemy uświadomić tych ludzi? Cóż, jednym z pomysłów jaki przyszedł mi do głowy kilka tygodni temu, było wykonanie pewnego rodzaju ulotki, która poruszałaby ten temat. W rezultacie tego pomysłu zaprojekotwałam i wykonałam grafikę, która może służyć jako ulotka, bądź też być wykorzystana w większym formacie, jako plakat. Zamierzam też kopie tej ulotki rozprowadzić wśród mieszkańców swjego miasta. Chciałabym, żeby inni, którym nie jest obojętny los prześladowanych Kurdów zrobili to samo - rozprowadzili kopie tej ulotki w miejscu swojego zamieszkania.

 

Połączmy nasze siły, żeby uświadomić ludziom, że istnieje tysiące miejsc na ziemi, gdzie mogą pojechać na wakacje, ale jeśli wybiorą Turcję, ich wybór będzie oznaczał kolejne wyroki śmierci dla Kurdów, a pieniądze, które wydadzą na swoje wakacje będą użyte przez turecki rząd do prześladowania i ludobójstwa narodu kurdyjskiego.

 

Jeździsz na wakacje do Turcji? Kupujesz tureckie produkty? W takim razie musisz wiedzieć, że Twoje pieniądze oznaczają więcej rozlewu krwi narodu kurdyjskiego. Tylko Ty możesz zdecydować na co przeznaczysz swoje pieniądze. Tylko Ty możesz zdecydować, czy chcesz brać udział w nieprzerwanym ludobójstwie Kurdów z terenów Północnego Kurdistanu, znajdującego się pod turecką kontrolą. Zapytaj siebie, czy na prawdę chcesz wspierać terroryzm władz tureckich w stosunku do Kurdów. Wybór należy do Ciebie. Dokonaj mądrego wyboru.  

 

 

Tekst opublikowany pierwotnie dla ekurd.net - http://www.ekurd.net/mismas/articles/misc2011/12/turkey3637.htm 

 

09:41, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 grudnia 2011
Prawa Człowieka w Południowym Kurdistanie - spotkanie w brytyjskim Parlamencie

 

Od lewej: Mufdi Abdulla "The Kurdistan Tribune", Asos Hardi "Awena", Gona Saeed "Charti Azadi", Bashdar Ali, Houzan Mahmoud, John McDonnell.

 

 Kurdistan był zawsze miejscem, gdzie Kurdowie doświadczali prześladowań i łamania podstawowych praw człowieka. Do dziś ogromna część Kurdistanu, pozostająca w granicach administracyjnych innych państw i pod ich kontrolą, jest przedmiotem niezliczonej ilości tego typu praktyk. Południowa część kraju - Kurdyjski Region Autonomiczny - mimo iż nie jest całkowicie niepodległy, jest obecnie miejscem, gdzie Kurdowie mają prawo do samostanowienia i mogą praktykować swobodnie swoją kulturę, mówić swoim językiem i zachować swoją tożsamość. Ale czy faktycznie wszyscy Kurdowie z Regionu Autonomicznego mogą czuć się bezpieczni i w pełni cieszyć się swoimi prawami?

 

     W poniedziałek, 12 Grudnia 2011 roku - w tygodniu Międzynarodowego Dnia Praw Człowieka, Odbyło się spotkanie w Izbie Gmin Parlamentu Wielkiej Brytanii w Londynie, w celu przedyskutowania tej ważnej kwestii. Spotkanie zostało zorganizowane przez "Chatri Azadi" ("Freedom Umbrella" - grupę kurdyjskich aktywistów osiadłych w UK), a jego gospodarzem był poseł Labour Party, pan John McDonnell, wieloletni działacz na rzecz Kurdów, który jednocześnie był głównym mówcą spotkania. Mieliśmy też zaszczyt wysłuchać przemówień dwóch gości, którzy przyjechali aż z Kurdistanu - pana Asosa Hardi dziennikarza gazety "Awena" i pana Bashdara Ali, dziennikarza i brata Sardashta Osmana, dziennikarza zamordowanego w zeszłym roku, z powodu artykułów krytykujących kurdyjski rząd. A także przemówień pani Houzan Mahmoud, działaczki na rzecz praw kobiet oraz pana Mufdi Abdulla, szefa "The Kurdistan Tribune".

 

     Przemiawiający skupili się głównie na dwóch aspektach praw człowieka w Południowym Kurdistanie, to jest wolności słowa, poglądów i prasy oraz prawach kobiet. Celem spotkania było zajęcie się kwestią łamania tych praw i poszukiwanie rozwiązania tego problemu. Wszyscy przemawiający byli zgodni co do tego, że pewne prawa człowieka są łamane w Kurdyjskim Regionie Autonomicznym, co potwierdzały cytowane raporty, jak również przykłady z ich własnego doświadczenia. Wolność słowa i poglądów oraz prawa kobiet są naruszane w Kurdistanie Południowym i fakt ten jest nie do zaakceptowania, jeśli Kurdistan ma być uważany za wolny i demokratyczny kraj. Pan McDonnel zakończył konkluzją, że nie ma demokracji, jeśli nie ma wolności słowa i mediów.
     

     Obejrzeliśmy także krótki dokument filmowy, pokazujący przykłady naruszania praw człowieka, wliczając w to wydarzenia, które miały miejsce 17 lutego tego roku, kiedy siły rządowe użyły broni przeciw demonstrantom w kurdyjskim mieście Slemanyi.
Na zakończenie, pani Gona Saeed prowadząca spotkanie, odczytała oświadczenie "Freedom Umbrella", mówiące o podstawowych prawach człowieka, takich jak wolność w publicznym wyrażaniu poglądów i życiu politycznym, prawo do demonstracji i pokojowych zgromadzeń, równych prawach dla kobiet w życiu społecznym i publicznym, oraz wolności w korzystaniu z tych praw, bez konsekwencji w postaci pobicia, torturowania, czy aresztowania. Uczestnicy spotkania zostali poproszeni o podniesienie ręki, jeśli zgadzają się z oświadczeniem i znakomita większość zgromadzonych uczestników spotkania podniosła rękę, wyrażając w ten sposób swoje poparcie dla oświadczenia. 


      Wszyscy mamy nadzieję, że to spotkanie, tak jak i jakiekolwiek przewidziane w przyszłości, zaowocuje przybliżeniem Kurdistanu do prawdziwej demokracji i stworzednia go miejscem, gdzie wszyscy obywatele będą mogli czuć się swobodnie w wypowiadaniu swoich opinii i poglądów i nie będą ponosić za to konsekwencji. Miejscem, gdzie kobiety będą miały równe prawa we wszystkich aspektach życia publicznego i prywatnego i nie będą doświadczać przemocy.

 

Oświadczenie na temat praw i wolności dla ludzi w Południowym Kurdistanie:

     "Freedom Umbrella" jest grupą powołaną do działania na rzecz Praw Czowieka i wolności ludzi w Kurdistanie. W Dniu Praw Człowieka 2011, "Freedom Umbrella" wyraża następujące prawa i wolności jako "Deklarację Wolności", rzucając wyzwanie władzom w Kurdistanie, które pozbawiają ludzi ich osobistej i politycznej wolności i praw. W chwili obecnej grupa podejmie wszelkie wysiłki mające na celu pozyskanie współpracy i wsparcia ze strony Wielkiej Brytanii, jak również społeczności międzynarodowej w celu ochrony następujących praw:

1. Wolność myśli, poglądów, pisania, publikowania i drukowania to podstawowe prawa wszystkich ludzi w Południowym Kurdistanie, nikt nie powinien być poddany torturom, okrutnemu, nieludzkiemu i poniżającemu traktowaniu oraz karany za korzystanie z tych praw.

2. Wolność w działalności politycznej, wyrażaniu poglądów politycznych i zajmowaniu opozycyjnego stanowiska politycznego indywidualnie lub jako część organizacji politycznej są podstawowymi prawami człowieka dla ludzi w Kurdistanie. Nikt nie powinien być poddawany torturom, okrutnemu, nieludzkiemu i poniżającemu traktowaniu lub karany z powodu swojej sympatii dla paryjnych, politycznych, społecznych i masowych stowarzyszeń.

3. Wolność demonstracji, prawo do pokojowych zgromadzeń, wolność stowarzyszania się i wolność udziału w strajkach generalnych są podstawowymi prawami każdej jednostki. Nikt nie powinien być poddany torturom, okrutnemu, nieludzkiemu i poniżającemu traktowaniu oraz karany za korzystanie z tych praw. Eliminacja obecnego prawa tzw. "demonstracji zorganizowanych".

4. Eliminacja jakiejkolwiek milicji i sił zbrojnych, które są ponad prawem i przeznaczone są szczególnie do represjonowania demonstracji i pokojowych zgromadzeń. Rozwiązywanie politycznych konfliktów pomiędzy partiami politycznymi za pomocą uzbrojonych sił i broni powinno być zakazane.

5. Równe prawa osobiste, społeczne i polityczne dla kobiet i mężczyzn. Równe szanse w zatrudnieniu, równe płace i równość w rodzinie. Poddawanie kobiet jakiejkolwiek presji i przemocy za korzystanie z osobistych wolności i praw jest zabronione. Zniesienie wszelkich dyskryminujących praw, które stoją w sprzeczności z równouprawnieniem kobiet i mężczyzn.

6. Wolność wyznania lub braku wyznania jakiejkolwiek religii jest podstawowym prawem człowieka dla wszystkich jednostek. Wywoływanie jakiejkolwiek przemocy lub ingerowanie wierzeń religijnych w życie osobiste, społeczne i polityczne ludzi powinno być zabronione i niezgodne z prawem.

7. Każdy zatrzymany za wykroczenie karalne powinien mieć prawo do domniemania niewinności dopóki nie zostanie mu udowodniona wina. Nikt nie powinien być aresztowany na więcej niż 24 godziny. Tortury, okrutne, nieludzkie i poniżające traktowanie w więzieniach jest zabronione. Sądy i trybunały powinny być niezawisłe i bezpartyjne.

"Freedom Umbrella" - Londyn, 12.12.2011

 

Tekst pierwotnie opublikowany dla ekurd.net. 

   

10:10, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 grudnia 2011
List do Sekretarza Generalnego ONZ Ban Ki-moona

   Szanowny Panie, 

 

     Ktokolwiek miał okazję odwiedzić Południowy Kurdistan, powszechnie znany jako Kurdyjski Region Autonomiczny (lub KRG), z pewnością musiał zauważyć kolorową flagę powiewiającą nad tym terytorium. Ta flaga jest symbolem Kurdistanu - kraju kurdyjskiego narodu, najliczniejszego na świecie narodu, który wciąż pozostaje bez własnego państwa, w wyniku postanowień Traktatu z Lozanny z 1923 roku, kiedy to wszystkie nadzieje na własny kraj, obiecany trzy lata wcześniej wTtraktacie z Sevres, zostały zniszczone, a terytorium Kurdistanu podzielone i oddane pod kontrolę innych krajów. Co więcej - kiedy tylko poddano ich pod tą okupację, Kurdowie stali się przedmiotem niewiarygodnych prześladowań i ucisku, jako konswekwencji surowej polityki wobec narodu kurdyjskiego.

     Mimo że wszystkie nadzieje Kurdów na własne państwo zostały zniszczone - kurdyjska tożsamość i wszystkie inne elementy składające się na Kurdayati (kurdyjskość), takie jak język, kultura, zwyczaje, styl życia - przetrwały. Wśród nich było też coś, co nie zostało zniszczone - ogromne pragnienie niepodległości w każdym kurdyjskim sercu.

       Po wielu latach prześladowań i heroicznej walki o utrzymanie istnienia narodu kurdyjskiego i kurdyjskiej kultury, jedna z części kurdyjskiej ziemi w końcu uzyskała autonomię i prawo do samostanowienia. Ta część, zwana przez Kurdów Bashuri Kurdistan (Południowy Kurdistan), kiedy tylko została uwolniona spod irackiej dominacji - ustanowiła swoje własne władze - Prezydenta, Rząd, Parlament i prawo. Jak zostało już wcześnie wspomniane Region Kurdyjski ma także swoją własną unikalną flagę, dumnie powiewającą w wielu miejscach na terytorium autonomii. 

      Niestety flaga ta nie jest oficjalnie uznawana tak w świecie polityki, jak i przez ONZ. Kiedy lider Rządu Regionalnego Kurdistanu, Prezydent M.Barzani lub jakakolwiek inna osoba, reprezentująca Kurdyjski Region Autonomiczny, udaje się z oficjalną wizytą do jakiegoś innego kraju, w większości przypadków nie ma kurdyjskiej flagi obok tej osoby. Wygląda to tak, jakby Prezydent Autonomii Kurdyjskiej odwiedzał polityków innych krajów prywatnie, nie reprezentując swojego kraju i narodu. Czasami obok Prezydenta możemy zobaczyć flagę obcego kraju, szczególnie podczas wizyt w jednym z krajów, które ciągle przetrzymują części Kurdistanu w swoich granicach administracyjnych i pod swoją kontrolą. Taka sytuacja jest nie do przyjęcia dla nas, jako narodu kurdyjskiego i uważamy ją za przejaw braku szacunku zarówno do nas, jak i do naszego lidera, który nas reprezentuje.

   Mamy pełne prawo żądać, aby nasza flaga została uznana przez społeczność międzynarodową, jako symbol naszego narodu, nawet jeśli nasz kraj ciągle nie jest niepodległy. Fakt, że Kurdistanu nie ma na mapie świata jako niepodległego państwa, nie oznacza, że kurdyjski naród nie istnieje. Nasza flaga reprezentuje nie tylko nasz okupowany kraj, ale przede wszsytkim ludzi, naród kurdyjski i jego tożsamość.

      Na całym świecie istnieją flagi, które są symbolami nie tylko krajów, ale także poszególnych grup ludzi. Różne organizacje, partie polityczne, czy nawet kluby piłkarskie mają swoje własne flagi i mogą ich swobodnie używać do reprezentowania siebie. Jesteśmy ogromną grupą ludzi, stanowiącą naród kurdyjski i mamy naszą własną flagę, która jest naszym symbolem. Ale nasze prawo do posługiwania się tą flagą na arenie międzynarodowej jest łamane. Prosimy, żadamy i oczekujemy, że zostaną podjęte odpowiednie kroki do uznania naszej flagi przez społeczność międzynarodową i naszego prawa do posługiwania się nią. 

      Mamy nadzieję, że uzyskamy pomoc w tej kwestii, co pomoże nam w naszych dalszych wysiłkach w kierunku uzyskania niepodległości.

 

Z wyrazami szacunku,

Heval Kulka   

     

 

02:43, kulkakurd
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6